wtorek, 21 maja 2019

W kwestii ostatecznej

Podążając tropem Mickiewicza, postanowiłam nabyć drogą kupna biografię jego sekretarza i przyjaciela Armanda Levy'ego, czyli książkę "Sekretarz Adama Mickiewicza" Jerzego W. Borejszy. Skłamałabym pisząc, że kierowała mną sympatia do towarzysza ostatnich lat i chwil poety. Ciekawa byłam raczej, co też skłoniło dosyć zamożnego, niespokojnego intelektualnie, bardzo racjonalnego młodzieńca do asystowania Mickiewiczowi w jego, z wiekiem, coraz bardziej kuriozalnych działaniach.

Książka napisana jest ze swadą, wypełniona wieloma dygresjami i ciekawostkami dotyczącymi burzliwych dziejów Francji w połowie XIX wieku i uwikłania Mickiewicza i jego sekretarza w ówczesne wypadki. Kolejne strony wywołują zdumienie, ciarki na plecach i mrożą krew w żyłach. Okazuje się bowiem np., że Armand Levy czuwał nie tylko przy łożu umierającego Mickiewicza, ale kilka lat wcześniej towarzyszył w ostatnich chwilch Hugesowi-Felicite'owi-Robertowi de Lamennaisowi, jednemu z bardziej kontrowersyjnych "proroków" XIX wieku, który swe najsławniejsze dzieło "Wieszcze słowa" wzorował na mickiewiczowskich "Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego".
Levy w liście do Julesa Micheleta, francuskiego historyka, profesora College de France, kolegi Mickiewicza, tak relacjonował ostatnie chwile Lamennaisa:


HugesFelicite-Robert de Lamennais
"Pańskie obawy były uzasadnione; w momencie, kiedy pisał Pan do mnie, diabły z arcybiskupstwa wyruszyły do boju. Pan Lamennais szczęśliwie zachował wiele swej woli i miał jeszcze dość siły, aby ją objawić i zmusić do poszanowania jej. Później przybył godny jego siostrzeniec, którego pan zna, Blaize, który w szczytowym okresie jego choroby stanowił dobrą straż, aby bronić dostępu szatanowi klerykalnemu. Kiedy ludzie z arcybiskupstwa nalegali, powiedział im: Oto oświadczenie podpisane przez lekarza, stwierdzające, że wszystkie wizyty u pana Lamennais powinny zostać bezwzględnie zawieszone, w tej chwili wszelki hałas, wszelkie wzruszenie może być dla niego zgubne. Jeśli będziecie dzwonić, urządzać sceny, hałasować, dopóki się panów nie wprowadzić - jak mi to zapowiadacie - oświadczam, że będę uważał to za akt mający na celu skrócenie dni mego wuja i osądzę go wtedy w sposób odpowiedni. [...]  Po tych słowach wycofali się. Lecz  dobrze, iż dobra straż nadal czuwa i że ludzie, którzy zmieniają się u łoża, są pewni: zapisało się do niego wielu z nas, którzy są mu oddani. Blaize nie opuścił go ani na chwilę; oświadczył on: Nie ukradniecie ani jego ciała, ani jego duszy."

Jakoś tak skojarzyło mi się z opisem ostatnich chwil Joachima Lelewela, o których pisałam jakiś czas temu.

Adnotacje na moim egzemplarzu
zakupionym w antykwariacie 😉,
Nie spodobał się widać dar!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz