niedziela, 30 sierpnia 2020

Gdzie odszedł murzyn, który zrobił swoje?

Portret Fryderyka Schillera
Portret Fryderyka Schillera
Przy okazji ogólnonarodowego dyskursu o tym, czy słowo "murzyn" jest obraźliwe i czy powinno być używane przez ludzi tzw. kulturalnych, sięgnęłam po tragedię Fryderyka Schillera "Sprzysiężenie Fieska w Genui", skąd pochodzi słynna fraza "Murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść". Z dzisiejszej perspektywy twórca hymnu Unii Europejskiej napisał utwór niepoprawny politycznie z wielu względów, wśród których rasizm nie jest grzechem największym.

Schiller cudownie przedstawił mechanizm wszelkich politycznych przewrotów, kiedy buta i głupota rządzących miesza się z osobistymi animozjami, chorymi ambicjami i brakiem skrupułów pretendentów i aspirujących do pełni władzy oraz dobroduszną naiwnością ludu gotowego poprzeć byle łajdaka, jeśli rokuje jako zwycięzca.

Urzekła mnie perswazyjna rozmowa hrabiego Lawania Jana Ludwika Fieska łaskawie przyjmującego dowództwo nad rebelią, do której z pobudek osobistych i bynajmniej szlachetnych skrycie podburzał genueńskich notabli i pospólstwo z pomocą owego przysłowiowego Murzyna. Otóż hrabia postawił był udających mu ludzi przed następującym dylematem:

wtorek, 28 stycznia 2020

Jak odróżnić artystę od błazna

Co jakiś czas w uznanych przybytkach kultury organizowane są wystawy bez eksponatów. Rozentuzjazmowana publiczność, za kwotę kilkunastu euro, może przechadzać się wówczas, poglądając na bezwstydnie nagie ściany. Sama nigdy nie uczestniczyłam w takiej estetycznej orgii pierwotnych doznań wizualnych, ale czytając impresje tych, którym dane było doświadczyć fundamentalnego minimalizmu w sztuce, odczuwałam coś na kształt zazdrości. Cudownie musi być tak wysublimować oczekiwania, by zachwycić się niczym.

Kilkanaście lat temu paryskie Centrum Pompidou, w 50 rocznicę zorganizowania pierwszej wystawy bez eksponatów, przygotowało reprospektywę takich wydarzeń prezentując dokonania (😂) 9 artystów minimalistów, począwszy od Ivesa Kleina, który miał jako pierwszy wpaść na genialny pomysł pokazania niczego w Galerie Iris Clert w Paryżu w 1958 r., poprzez Roberta Barrry'ego, Stanleya Brouwna, Marii Eichborn, Bethan Huws, Roberta Irwina, Romana Ondaka i Laurie Persons eksponujących się wcześniej w najmodniejszych światowych  przybytkach sztuki. Przedsięwzięcie było karkołomne, trudno bowiem odtworzyć nic pokazywane pierwotnie w unikalnej przestrzeni. Na potrzeby wystawy przeznaczono pięć sal na cztwartym piętrze Centrum Pompidou. Pomieszczenia były puste, ściany białe, podłogi nagie, oświetlenie standardowe dla czasowych ekspozycji. Porządku pilnowali strażnicy jak to zwykle w muzeach. Przedsięwzięcie udokumentowane zostało na pięciuset stronach specjalnego katalogu wystawy "Voids, a Retrospective" dostępnego za jedyne 39 euro.

Centrum Pompidou, Sztuka niczego, źródło: Independent

poniedziałek, 7 października 2019

Spoza gór i rzek, czyli Ważyk

Znudzona jesienną aurą, bylejakością repertuaru kinowo-teatralno-koncertowego i patriotyczno-martyrologicznego, namówiłam miłość mojego życia do odwiedzenia Muzeum Narodowego i obejrzenia dzieł wydobytych z przepastnych magazynów tegoż przybytku kultury.  Zależało mi, by zabijając czas, poemocjonować się trochę, zachwycić się, zadziwić, popaść w zadumę, irytację, alboli uśmiechnąć się tylko, choćby złośliwie. Idziemy więc we dwoje przez kolejne sale podziwiając góry, rzeki i inne cudowności pięknie (albo i nie) odmalowane, a tu nagle na wprost Adam Ważyk "brzydki twarzyk".

L. Bielska-Tworkowska,
Portret A. Ważyka, 1932
No i ścisnęło mi serce. Któż dzisiaj czyta Ważyka. Twórca należy do wcale licznego grona wielce utalentowanych literatów, którzy napisali więcej niż o jeden wiersz za dużo i zgrzeszyli bezmierną zachłannością socjalistycznych zaszczytów i proletariackich splendorów. Wreszcie w jednym jedynym odruchu przyzwoitości popełnił genialny "Poemat dla dorosłych", dając dowód pełnej politowania pogardy dla pracujących mas.

czwartek, 5 września 2019

Serotonina, czyli śmierć ze smutku

Przeczytałam jednym tchem. Nowy Houellebecq jest bezlitosny, brutalny i do bólu prawdziwy.

Obowiązkowa lektura dla wszystkich ludzi sukcesu po 40tce wpadających w popłoch, gdy zauważą, że zapas antydepresantów się kończy, a psychiatra akurat wyjechał na wakacje😂. Dla młodszych ku przestrodze. Nie zachłyśnijcie się wolnością bez żadnych granic, seksem bez miłości i zawodowymi możliwościami w pracy bez sensu.

poniedziałek, 22 lipca 2019

Love is love 😉

Jestem wielbicielką serialu "Narcos". Kolejne sezony produkcji oglądałam z wypiekami na twarzy podziwiając sprawność twórców w przedstawianiu postaci i wątków. Byli wyjątkowo przekonujący. Śmiem twierdzić, że w pierwszym odcinku trzeciego sezonu, poświęconego losom członków kartelu z Cali, znalazła się najbardziej romantyczna filmowa scena taneczna ostatniego dwudziestolecia.

piątek, 19 lipca 2019

Po drodze - Motovun


Motovun jest uroczym średniowiecznym miasteczkiem, które najpiękniej wygląda z daleka, oglądane np. z okna samochodu.
Z bliska nieco traci na malowniczości. Odwiedziłam je w średnio udany pogodowo dzień, kiedy miało padać, ale na szczęście nie padało. Skończyłoby się to z pewnością potłuczeniem na tamtejszych stromych, wygładzonych przez wieki kamiennych ulicach.
Od niedawna Motovun słynie z trufli, które można zbierać w pobliskich lasach. Rosną w liczbie 9 gatunków. Restauracje w miasteczku proponują wymyślne potrawy ze wspomnianym specjałem w odbierających apetyt cenach. Warto jednak skusić się chodźby na małą przekąskę. Dania z truflami są przepyszne, delikatne, subtelnym smakiem pieszczą podniebienie. Jak to się mówi, niebo w gębie 😋😇

wtorek, 21 maja 2019

W kwestii ostatecznej

Podążając tropem Mickiewicza, postanowiłam nabyć drogą kupna biografię jego sekretarza i przyjaciela Armanda Levy'ego, czyli książkę "Sekretarz Adama Mickiewicza" Jerzego W. Borejszy. Skłamałabym pisząc, że kierowała mną sympatia do towarzysza ostatnich lat i chwil poety. Ciekawa byłam raczej, co też skłoniło dosyć zamożnego, niespokojnego intelektualnie, bardzo racjonalnego młodzieńca do asystowania Mickiewiczowi w jego, z wiekiem, coraz bardziej kuriozalnych działaniach.

Książka napisana jest ze swadą, wypełniona wieloma dygresjami i ciekawostkami dotyczącymi burzliwych dziejów Francji w połowie XIX wieku i uwikłania Mickiewicza i jego sekretarza w ówczesne wypadki. Kolejne strony wywołują zdumienie, ciarki na plecach i mrożą krew w żyłach. Okazuje się bowiem np., że Armand Levy czuwał nie tylko przy łożu umierającego Mickiewicza, ale kilka lat wcześniej towarzyszył w ostatnich chwilch Hugesowi-Felicite'owi-Robertowi de Lamennaisowi, jednemu z bardziej kontrowersyjnych "proroków" XIX wieku, który swe najsławniejsze dzieło "Wieszcze słowa" wzorował na mickiewiczowskich "Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego".
Levy w liście do Julesa Micheleta, francuskiego historyka, profesora College de France, kolegi Mickiewicza, tak relacjonował ostatnie chwile Lamennaisa:

wtorek, 30 kwietnia 2019

Bananowe zadupie

Od kilku dni przypatruję się "bananowej" wojnie o wolność w polskiej sztuce i po raz kolejny nabieram podejrzeń, że tutejsi współcześni artyści mają gust przaśny i prowincjonalny, a na dodatek są intelektualnie leniwi i nie nadążają za światem - 50 lat za gorylami.😂
Niżej kilka, sprawdzonych przez walczące artystki-feministki, pomysłów zza oceanu, jak można kreatywnie "ograć" banana 😅.


czwartek, 21 marca 2019

Arszenik i stare pończochy

Bohdan Urbankowski  w książce "Adam Mickiewicz. Tajemnice wiary, miłości i śmierci" w bardzo interesujący sposób zestawia ustalenia, hipotezy, domysły i plotki dotyczące życia wieszcza i sposobu, w jaki opuścił nasz romantyczny padół łez. Detale, którymi inni badacze nie zawracali sobie głowy, podane przez Urbankowskiego, skłaniają, zgodnie z życzeniem pisarza, do stawiania kolejnych pytań i hipotez.

Otóż powszechnie przyjmuje się, że Mickiewicz udał się w swą ostatnią podróż, by zbudować Legiony (polski i żydowski) do walki z Carską Rosją. Jest to tzw. oczywista oczywistość i nikt raczej nie zawraca sobie głowy tym, że Mickiewicz nie miał najmniejszych kompetencji, by podjąć się takich działań, czego dobitnie dowiodła żałosna historia Legionów z 1848. Tego celu wyprawy poety do Konstantynopola nie podważa także Urbankowski. Chwała mu jednak za to, że podaje, iż był to cel ukryty. O oficjalnym pisze:

"Misja Mickiewicza oficjalnie miała być misją naukową. Poeta miał zbadać możliwość - mówiąc językiem bardziej nowoczesnym - infiltracji Słowian bałkańskich przez literaturę i naukę Zachodu. Miał zebrać dane na temat zakładów naukowych i literackich (uczelnie, biblioteki, drukarnie itp.) chrześcijan zamieszkujących Turcję, sprawdzić, co z czego i na jakie języki zostało przetłumaczone, a przede wszystkim, jakie metody wpływu stosowane są przez Rosję. Poeta miał zbadać pod tym kątem przede wszystkim Serbię, zwłaszcza Belgrad; w miastach nad granicą Bośni miał zebrać wieści na temat tego kraju, następnie udać się do Mołdawii i na Wołoszczyznę. Misja sama w sobie ciekawa, miała jednak stanowić przykrywkę misji znacznie ważniejszej: budowy Legionów do walki przeciw carskiemu imperium. Jedną z ukrytych przesłanek była chęć przerzucenia ciężaru walk na żywioł słowiański, zwłaszcza polski. Pomysł użycia jeńców z armii rosyjskiej przeciwko Rosji podpowiedział francuskim politykom sam Mickiewicz, był to zresztą przetworzony pomysł z czasów walk Legionu przeciw Austrii."

Mickiewicz na łożu śmierci

I powiedzmy sobie szczerze, do tego, by ocenić lokalny rynek treści i idei, Adam Mickiewicz nadawał się jak nikt inny. Był doskonale zorientowany w prądach filozoficznych ówczesnej Europy i w modach kulturowych, a szczególnie literackich. Posiadał naturalne predyspozycje do wyczuwania nastrojów odbiorców i ich emocjonalnych potrzeb, a przede wszystkich wiedział, z jaki sposób zaspokoić oczekiwania swoich sponsorów i zleceniodawców. Mówiąc krótko i wprost - Mickiewicz był pozbawionym skrupułów, genialnym propagandystą, czego również dowiódł pisząc swego czasu utwory tak zręcznie wykorzystane za czasów wileńskich i podczas powstania listopadowego 1830 r.

czwartek, 7 marca 2019

Angielskie poczucie humoru

Wspominałam już kiedyś, że jestem (byłam?) wielbicielką cyklu filmów o Jamesie Bondzie. Szczególnie ceniłam sobie te z Danielem Craigiem, a moją ulubioną częścią było "Casino Royal". Kolejne Bondy lubiłam ze względu na ich wyrafinowany humor, swobodne żonglowanie obecnymi w kulturze motywami, toposami, itp. i żartobliwe przedstawianie ich na opak.


🤓
Przy powyższym fragmencie umierałam ze śmiechu. James wyłaniał się z morskich głębin niczym Wenus rodząca się z morskiej piany, gdzieś u wybrzeży Cypru, albo co najmniej jakaś wodna nimfa zachęcająco pluskająca się w wodzie.



Dla odmiany, pół nagą piękność na galopującym białym koniu odbierałam jako parodię rycerza wybawiciela, podążającego z pomocą dziewicy zagrożonej utratą cnoty, a może i życia (w tym momencie dla zabawy trzymającą chwilowo z czarnym charakterem).


sobota, 23 lutego 2019

Czy Adam M. zawiódł Marylę W.

Angelica Kauffmann, Pani de Krudener
z synem, 1786
Portret obok przedstawia jedną z najinteligentniejszych, najbardziej czarujących, najlepiej wykształconych i bardzo, bardzo wpływowych kobiet przełomu XVIII i XIX w., baronową Barbarę Julianę de Krudener. Namalowany został przez Angelikę Kauffmann ciesząca się niebywałą popularnością i sympatią wśród europejskich arystokratek, podczas pobytu Barbary w Rzymie. Dama udała się do słonecznej Italii wraz z mężem baronem Bernhardtem de Krudener, który był rosyjskim dyplomatą i właśnie ambasadorował w Wenecji.

Barbara uwielbiała swojego starszego o 16 lat męża z umiarkowaną wzajemnością z jego strony. Religijność i wysokie morale nie pozwalały jej jednak szukać pocieszenia w ramionach innego mężczyzny, mimo że z takowym mieszkała w Wenecji pod jednym dachem. Młody sekretarz pana de Krudener, Aleksander Stachiew, kochał żonę swego pracodawcy, opiekuna i przyjaciela szczerym i nieodwzajemnionym  uczuciem. Opierając się rodzącej się występnej namiętności, zdecydował jednak opuścić przyjaciół, przedkładając cnotę ponad egoistyczne szczęście.

Kilka lat później baronowa przejawiająca literackie ambicje, czerpała pełnymi garściami  z doświadczeń miłosnych nieszczęśliwego sekretarza, pisząc powieść epistolarną "Waleria, czyli listy Gustawa de Linar do Ernesta de G...". Utwór zdobył olbrzymią popularność, choć zdania na jego temat były podzielone. Taki Napoleon Bonaparte, któremu dumna pani de Krudener przesłała swe dzieło, uważał tę prozę "za połączenie patosu, paplaniny i dziwactwa". J. Goethe zaś czuł się urażony, kiedy porównywano ją do "Cierpień młodego Wertera". Warto wspomnieć, że pani de Krudener pisała swe dzieło niejako w opozycji do niemieckiego romansu, podejmując polemikę z jego występną i grzeszną wymową, a dokładając wszelkich starań, by opowiedziana historia była przykładem dla cnotliwych, nauką dla moralnych i wzorem dla ceniących piękno.

sobota, 2 lutego 2019

W kwestii pochodzenia "kurdupla"

Blisko dekadę temu opinią publiczną wstrząsnął pewien menel (w pierwotnym znaczeniu tego słowa >>), który swych przeciwników politycznych nazwał "kurduplami". Sprawą znieważenia głowy państwa zajęła się prokuratura, a następnie sądy. Relacjonowaniem zaś sporu, zawodne jak zwykle, media. I oto na przełomie roku 2009/2010 czytelnicy papierowych i internetowych wiadomości dowiedzieli się, że biegły językoznawca, powołany przez wspomniane instytucje do oceny sprawy, orzekł, że wyraz "kurdupel", o pogardliwym współcześnie znaczeniu, ma szlachetne pochodzenie. Wprawił tym publikę w szok😲, bynajmniej w niedowierzanie.
Charles Lock Eastlake,
Napoleon na pokładzie statku, 1815
Wspomniany wyraz zapożyczony miał zostać z języka francuskiego, gdzie "coeur du peuple" znaczy "serce ludu" i było przydomkiem cesarza Napoleona Bonapartego uwielbianego przez swych poddanych. Cesarz mierzył 168 centymetrów. W jego czasach był to wzrost przeciętny. Pokazywał się jednak publicznie w otoczeniu gwardzistów. Zołnierze chroniący władcę charakteryzowali się doskonałymi warunkami fizycznymi. Każdy z nich miał co najmniej 180 centymetrów. W takim sąsiedztwie Napoleon wyglądał na niższego niż był rzeczywiście. Wśród osób niemających pojęcia o języku francuskim i niechętnych Bonapartemu uroczy przydomek "coeur de peuple" sprowadzony miał zostać do ordynarnego "kurdupla".

Przyznam szczerze, że urzekła mnie ta szlachetna etymologia wyrazu znieważającego niewysokich i pozwoliłam sobie rozpropagować ją trochę w Internecie. Nie byłam w tym działaniu samotna. O eleganckim pochodzeniu słowa rozpisywały się osoby znacznie bardziej ode mnie uznane i poważane.
Trochę lat minęło i kilka dni temu przedstawicielka wielce szacownej placówki naukowej napisała do mnie wiadomość z prośbą, abym się z tej etymologii wytłumaczyła, podając źródło. Zaznaczyła, że wielce zasłużony dla kultury polskiej prof. Aleksander Bruckner w swym pomnikowym dziele "Słownik etymologiczny języka polskiego", przeprowadził inny wywód.
Muszę się przyznać, że takie wiadomości niezwykle mnie dowartościowują, a zarazem sprawiają, że czuję się jakoś zobowiązana do działania. Stąd ten dzisiejszy wpis.

sobota, 12 stycznia 2019

Chabry jak pawie czuby

Swiatowe media doniosły dzisiaj, że oto nowo powstałe ugrupowanie na niemieckiej scenie politycznej odwołuje się do sekretnego nazistowskiego symbolu, jakim jest ponoć chaber. Łąkowy kwiat został umieszczony w logo tej organizacji. Przyznam szczerze, że jakkolwiek żywo interesuję się symboliką, wiadomość o chabrze była dla mnie sensacyjną nowością.
Oczywiście trafiłam kiedyś na informację, że był to ulubiony kwiat Wilhelma II  Hohenzollerna i odeń miał wywodzić się słynny pruski błękit, sądziłam jednak, że bławatek jest symbolem pruskiej skromności, która z nazizmem nie ma wiele wspólnego, a tu...  taki zonk.

Przy okazji przypomniała mi się popularna w latach 80-tych ubiegłego stulecia (jak ten czas szybko leci) piosenka żołnerska  zatytułowana "Chabry z poligonu".

Szła tak: 
Jadę do ciebie, dziewczyno,
Gerard Leslie Brockhurst,
Portret chłopca z chabrem, 1946

Szybciej niech płynie już czas.

Jadę do ciebie równiną,
Jadę do ciebie przez las.
Jadę do ciebie z daleka,
Tyle minęło już dni,
Odkąd na chwilę tę czekam,
I w darze przynoszę ci...

Chabry z poligonu, chabry z poligonu,
Gdzie żołnierski trud.
Chabry z poligonu niosę ci do domu,
Bo w nich szczęścia łut.
Chabry z poligonu tobie dziś przywożę,
I aromat ziół.
Chabry, polne kwiaty, kwitną o tej porze,
Niech ozdobią stół.
Chabry z poligonu wiozę ci do domu,
Ten od serca dar,
Chabry z poligonu, chabry z poligonu -
Mój żołnierski skarb.

.....
Całość tutaj>>


piątek, 4 stycznia 2019

Z ziemi włoskiej ...

Pojęcia nie mam, dlaczego w minionym roku miłościwie nam panujący zdecydowali się szczególnie promować postać i dzieła Stefana Żeromskiego, ale wiedziona ich entuzjazmem dla pisarza i "Przedwiośnia", zdecydowałam się siegnąć po "Popioły"😉. I zaprawdę powiadam Wam, że warto przeczytać książkę, mimo że jest śmiertelnie nudna.

Canaletto i Capriccio, Konie na placu św. Marka, 1743

Kiedy prezydent po raz kolejny 11.11 odśpiewał cztery zwrotki pieśni narodowej o marszu z ziemi włoskiej, o tym, że Bonaparte dał nam przykład, jak zwyciężać mamy i co odbierzemy szablą, by następnie patetycznym głosem nazywać Żeromskiego "sumieniem narodu" i przyznać mu pośmiertnie order, ja jednym okiem poglądałam nań ( na prezydenta) w telewizji, drugim zaś zagłębiałam się w lekturę. Oczyma księcia Gintułta widziałam, jak to dzielnie polskie Legiony pod dowództwem Henryka Dąbrowskiego radziły sobie w ziemi włoskiej, jak oddział prowadzony przez Józefa Sułkowskigo zdobywszy Wenecję, łupił miasto z zapałem. Powołując się na francuskie rozkazy, Polacy nie zawahali się ściągnąć z postumentów przed Bazyliką świętego Marka słynnych Rumaków Lizypa, by następnie wraz z innymi skarbami Wenecji przekazać je cesarzowi.

piątek, 5 października 2018

Poprawiona "Wieczerza w Emaus" Pontorma

Piazza della Signoria, przed Galerią Uffizi

Galeria Uffizi urzekła mnie od wejścia. Otóż w przedsionku, między bramką a toaletą, uwagę przykuwał portret nobliwego, mimo młodego wieku, mężczyzny pędzla Velazqueza. Nadmienię, że prace hiszpańskiego artysty należą do jednych z największych rozczarowań mojego życia (takie zgrubne pociągnięcia pędzlem, mistrzowi po prostu nie przystoją). Ekspozycję obrazu w takim miejscu uznałam za dowód wysublimowanego dowcipu i zadziornego gustu decydentów galerii i od razu polubiłam to miejsce.
Zwiedzałam w tłumie, co i rusz przekonując się, że arcydzieła  malarstwa "na żywo" i w sąsiedztwie innych wspaniałości wyglądają:
- dokładnie tak samo jak na reprodukcjach,
- znacznie mniej spektakularnie, a nawet wcale nieinteresująco (zwłaszcza Leonardo, mimo desperackiego wysiłku kuratorów ekspozycji),
- znakomicie i ponad wszelkie oczekiwania, szczególnie i zachwycająco (absolutnie "Wiosna" Botticelliego),
- dziwnie i jakoś nieodpowiednio.

Jedna z sal Botticelliego w Uffizi

W tej ostatniej kategorii znalazła się "Wieczerza w Emaus" Pontorma. Na pierwszy rzut, nomen omen, oka obraz wydał mi się kuriozalny. Dzieła Pontorma były odbierane jak dziwaczne i  w pewien sposób przesadzone już przez  Giorgia Vasariego, ze zgoła jednak innych powodów niż moje powody.

Jacopo Carucci, Wieczerza w Emaus, 1525

Artysta namalował biblijną scenę. Św. Łukasz opisuje w swojej "Ewangelii", jak po drodze z Jerozolimy do Emaus dwaj uczniowie Jezusa, spotkali swego Nauczyciela, nie rozpoznając Go wszakże. Idąc, opowiedzieli Mu o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa i dziwili się, że nic o tych wypadkach nie słyszał. On zaś wysłuchawszy tej opowieści, przypomniał im, że dawni prorocy zapowiadali dokładnie takie wydarzenia. Apostołowie nalegali, by Nieznajomy zjadł z nimi kolację. Weszli więc do gospody. Podróżny zasiadł do stołu, wziął chleb, pobłogosławił go, połamał i podał im, i wtedy został rozpoznany. Pontormo zobrazował moment błogosławieństwa, odbiegając jednak od ewangelicznego opisu.

poniedziałek, 10 września 2018

Rydwan z kosami


Powyższą fotę zrobiłam kilka miesięcy temu w Muzeum Leonarda da Vinci we Florencji. Od razu przyznam się, że będąc nieco zainteresowaną artystyczną działalnością najwybitniejszego przedstawiciela renesansu, z obojętnością pomijałam jego fascynacje mechaniką. Do muzeum, gdzie oglądać można machiny wykonane na podstawie notatek mistrza, zaciągnęli mnie synowie, którym dokonania Leonarda w tej dziedzinie wydały się godniejsze uwagi niż jego obrazy eksponowane w Uffizi.

Chodziliśmy więc sobie popatrując i dotykając (bo charakter placówki na to pozwola) niektóre z urządzeń i maszyn oraz wymienialiśmy na ich temat uwagi:
- ja raczej życzliwe mistrzowi,
- moje kilkunastoletnie dzieciaki opinie zawierające charakterystyczne dla tego wieku lekceważenie,
- sponsorujący wycieczkę ojciec-inżynier czuł się zaś w obowiązku pouczyć nas wg jakichże to praw i zasad mechaniki oglądane urządzenia pracują.

I kiedy już mineliśmy urządzenia czerpakowate, różnorakie machiny wojenne z praczołgami i prawozami bojowymi, armatą sprężynową oraz machiny latające, zauważyłam pojazd konny widoczny wyżej. W swej dobroduszności pomyślałam, że genialny Leonardo wymyślił prażniwiarkę albo inny prakombajn, czyli coś co mogło być pożyteczne i ułatwiać pracę zwykłym ludziom.

poniedziałek, 5 marca 2018

Językowe zuchwalstwo i nachalność albo o walorach umiarkowania

Josef  Lada, ilustracja do "Przygód dobrego wojaka Szwejka..."

Mimo iż "Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej" Jarosława Haska okres największej czytelniczej popularności wydają się mieć dawno za sobą, pewien wyimek dzieła, dzięki niewątpliwemu talentowi i brawurowej językowej zręczności polskiego tłumacza Pawła Hulki-Laskowskiego,  zdobył wieczne miejsce w polszczyźnie. Mowa oczywiście o frazie "Nachalne są te k* i zuchwałe".  Mam wrażenie, że częstotliwość jej używania jest odwrotnie propocjonalna do liczby czytelników powieści.  Osoby nieśmiałe, odczuwające dyskomfort podczas wypowiadania słów powszechnie uważanych za wulgarne, sięgają po cytat, by uderzenie obelgą złagodzić i usprawiedliwić pozorną erudycją.
Wszystkich, których korci, a którym nie dane było przeczytać "Przygód...", przestrzegam przed intuicyjnym użyciem frazeologizmu. Jego znaczenie jest diametralnie różne się od tego, co się większości wydaje.


wtorek, 16 stycznia 2018

Straszny hrabia Ugolino, założyciel polskiej szkoły malarstwa Emil Boratyński i jego tajemnicza angielska żona, czyli znowu o Mickiewiczu

Emil Korczak Boratyński, Autoportret z zaprzęgiem, 1841

Gdzieś w przepastnych magazynach Muzeum Narodowego w Poznaniu znajduje się, ponoć, karton do obrazu "Pojmanie Ugolina w Pizie, 1288" Emila Boratyńskiego, niestety nie wiem, gdzie jest samo dzieło, ani czy w ogóle przetrwało do naszych czasów. Chętnie spojrzałabym na nie, albo chociaż na ten karton, bo obraz wydaje mi się interesujący z kilku powodów:
- ze względu na szokujący temat popularny w sztuce europejskiej XIX wieku, a przez polskich twórców dziwnie pomijany,
- ze względu na malarza, którego życiorys jest delikatnie mówiąc niezwykły, a towarzyskie koneksje zaskakujące,

- ze wyględu na miejsce i czas  (Florencja 1848) powstania dzieła oraz doniosłe wydarzenia historyczne, które równolegle się rozgrywały.
Idźmy po kolei.


niedziela, 31 grudnia 2017

piątek, 22 grudnia 2017

Przybieżeli na obrazie Dolabelli

W Krakowie bywam sporadycznie, co kilka lat. Za każdym razem, jak tam jestem, strasznie się denerwuję. Irytuję mnie, że w restauracjach na Starówce, gdzie sądząc po wystroju wnętrz i cenach w menu, można by oczekiwać czegoś pysznego, serwowane są potrawy, które dadzą się ledwo zjeść. Mnie w każdym razie takie podano.

Złości mnie, że to miasto sypie się. Dosłownie. Tyle strzępienia języka o szacunku dla historii, dziedzictwie narodowym i jego ochronie, etc., a tynk leci z zabytkowych ścian w Krakowie tak samo, jak leciał wcześniej, a nawet bardziej intensywnie. Najważniejsi w kraju oficjele i realnie dzierżący władzę pielgrzymujący do Krakowa co miesiąc, albo tego nie widzą, albo co bardziej prawdopodobne, zupełnie im ta ruina nie przeszkadza. Gdyby wszak przeszkadzała, zamiast wydawać wydarte polskim podatnikom pieniądze na projekty upamiętniające jakieś egzotyczne mniejszości, przeznaczyliby środki na ratowanie polskich zabytków.

W prawdziwy szał wpadam na Wawelu. Siedziba polskich królów robi przygnębiające wrażenie. Stare, złupione, opuszczone zamczysko. Syn, kiedyś po wizycie na zamku, obejrzawszy puste, niedoświetlone komnaty,  nie mógł uwierzyć, że "polscy królowie żyli w takiej biedzie."  Zaciągnęłam wtedy rodzinę na wzgórze w konkretnym celu, przy okazji weekendowego wypadu w góry. Mimo że nie umiem robić zdjęć, chciałam pstryknąć fotę ""Bitwy pod Lepanto" Tomasza Dolabelli. Dzieło prezentowane jest w jednej z zamkowych komnat. Wyobraźcie sobie, że w Internecie nie ma zdjęcia tego obrazu w całości. W swej wielkiej naiwności myślałam, że po prostu nikt nie wpadł na to, że płótno może być bardziej interesujące niż się powszechnie sądzi i warto przyjrzeć się detalom. Na miejscu okazało się, że obraz owszem wisi, ale w komnacie jest tak mroczno, że nie sposób zrobić mu dyskretnie zdjęcia. Poza tym wiekowy werniks tak ściemniał, że jest niemal nieczytelny. Nie ma mowy też o tym, by przyjrzeć się "Bitwie" z bliska. Dostępu doń broni bowiem ustawiona na więcej niż półtora metra bariera. Na takie płoty w pustych muzeach i obiektach historycznych natknąć się można chyba tylko w Polsce.

Dlaczego o tym teraz piszę? Metodą luźnych skojarzeń. Otóż poszukując intrygującego obrazu o tematyce bożonarodzeniowej, trafiłam na "Pokłon pasterzy" Tomasza  Dolabelli. Obraz umieszczony w głównej części ołtarza w Kościele Bożego Ciała w Krakowie i jest absolutnie niezwykły.

Tomasz Dolabella, Pokłon pasterzy
źródło: bozecialo.net
W górnej, niebiańskiej części dzieła artysta umieścił sędziwego Boga Ojca wspartego na niebieskiej planecie, z zainteresowaniem spoglądającego na ziemski padół. Boga otaczają poruszone cherubiny o słodkich twarzach i roztrzepotanych skrzydełkach. Niżej zebrały się anioły w dwóch grupach. Jedne żywo deliberują nad Księgą, inne myzykują i wyśpiewują pod niebiosy.
Gdzieś między niebem a ziemią, w chmurze światła pod postacią gołębicy odbiorca widzi Ducha Świętego.

Niespodzianki potwierdzające, że Tommaso Dolabella fascynującym artystą był, czekają na odbiorcę niżej. Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z typową sceną bożonarodzeniową. Oto śliczna i przejęta Maryja w licznym towarzystwie pochyla się z czułością nad ułożonym na sianku Dzieciątkiem. Spójrzmy jednak na szczegóły i przyjrzyjmy się otoczeniu oraz temu towarzystwu.

Uboga ewangeliczna stajenka okazuje się być imponującym gmachem, ozdobionym marmurowymi kolumnami, schodami i spektakularnymi oknami. Budynek nadal wygląda imponująco, szczególnie na tle widzianych na zewnątrz drewnianych konstrukcji, choć czas, jak widać, nie był dlań łaskawy, a pałac czy też może bardziej świątynia sprawia wrażenie zaniedbanej i, do niedawna, opuszczonej. Popękane mury, wdzierająca się z zewnątrz zieleń byłyby przygnębiające, gdyby nie gwar w środku.