wtorek, 27 sierpnia 2013

Słoneczniki w Wiedniu

Wzdłuż drogi do Wiednia pola słoneczników. Jak okiem sięgnąć, po horyzont niewielkie pagórki porośnięte są złocistymi kwiatami na brunatno-zielonych łodygach. W dali pracujące kombajny. Koniec wakacji. Niebo zachmurzone, lekko mży, niespełna 20 stopni. Wiedeń łatwo ominąć dzięki obwodnicy. Brak zjazdu z autostrady oznaczonego spodziewanym "Zentrum", utrudnia dotarcie do celu. Wjeżdżam od południa mijając przemysłowe przedmieścia, budynki tak udziwnione, że trudno mi uwierzyć w to, co widzę. Wśród ugładzonych brył co i rusz pojawia się jakaś pierwotna, nieokiełznana dzikość formy i koloru. Pazur miasta. Kto skarży się na architektoniczny galimatias w Warszawie, nigdy nie był w Wiedniu! Zaopatrzona z mapę, przewodnik, GPS, jakimś cudem nie mogę trafić na miejsce. Tablice informacyjne wyłącznie po niemiecku, trudno wypatrzeć nazwę ulicy, jeśli już jest to zapisana dziwaczną "gotycką" czcionką, nieczytelna. Nazwy na budynkach widoczne z daleka, z bliska niezauważalne, bo umieszczone na samej górze gigantycznych gmachów. Na szczęście ludzie sympatyczni i życzliwi.

Gdy kilka godzin później oglądam obrazy w Górnym Belwederze, nie mogę oprzeć się wrażeniu swoistego deja vu. Od uznanych nazwisk kręci się w głowie, mijam kolejne dzieła oczekując przyjemnego estetycznego dreszczu. Nic. Arcydzieło łatwo ominąć.

Gustav Klimt, Słonecznik, 1909/10

Zapowiedź cudu znajduję w jednym z najnowszych nabytków galerii , "Słoneczniku" Gustava Klimta.


Podziwiam ogrodowy koncept artysty, ścianę zieleni przetykaną drobnymi kwiatami ze słonecznikiem pośrodku. Liczne grube liście osadzone na prostej łodydze czynią zeń  drzewo z kolorowym klombem u stóp. Słoneczne płatki na szczycie wyglądają jak królewska korona. Organiczny temat, falliczny kształt, niezwykle dekoracyjny sposób nakładania farby mogą się podobać. Klimt oddaje hołd męskości. Na myśl przychodzi epitet "ładny". Kilka osób kontempluje obraz z pobliskiej ławeczki. Czego wypatrują?


Egon Schiele, Słoneczniki, 1911

W sali obok "Słoneczniki" Egona Schiele'a. Brunatne zgniłozielone liście mają w sobie coś odpychającego i fascynującego zarazem. Rozkład, umieranie, mimo że napawa smutkiem, bywa zajmujące zwłaszcza wtedy, gdy w żaden sposób nas nie dotyczy. W innym wypadku przeraża, a nawet wywołuje panikę. Dojrzałe kwiaty na górze zwiesiły głowy, ich wpadające w pomarańcz płatki przypominają języki ognia. Wyciągają się, wyostrzają, jakby chciały objąć, spalić, unicestwić wszystko dookoła. Ten sam los czeka wkrótce mniejsze rośliny przedzierające się brutalnie świeżą żółcią przez brunatne plamy liści. Na obrazie Schiele'a natura obnaża swe prawdziwe, nieromantyczne oblicze.
Jeden z pazurów kolekcji.

Wyposażona z przewodnik i program usiłuję odnaleźć cel.  Jakimś cudem nie mogę do niego trafić.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza