Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 stycznia 2020

Jak odróżnić artystę od błazna

Co jakiś czas w uznanych przybytkach kultury organizowane są wystawy bez eksponatów. Rozentuzjazmowana publiczność, za kwotę kilkunastu euro, może przechadzać się wówczas, poglądając na bezwstydnie nagie ściany. Sama nigdy nie uczestniczyłam w takiej estetycznej orgii pierwotnych doznań wizualnych, ale czytając impresje tych, którym dane było doświadczyć fundamentalnego minimalizmu w sztuce, odczuwałam coś na kształt zazdrości. Cudownie musi być tak wysublimować oczekiwania, by zachwycić się niczym.

Kilkanaście lat temu paryskie Centrum Pompidou, w 50 rocznicę zorganizowania pierwszej wystawy bez eksponatów, przygotowało reprospektywę takich wydarzeń prezentując dokonania (😂) 9 artystów minimalistów, począwszy od Ivesa Kleina, który miał jako pierwszy wpaść na genialny pomysł pokazania niczego w Galerie Iris Clert w Paryżu w 1958 r., poprzez Roberta Barrry'ego, Stanleya Brouwna, Marii Eichborn, Bethan Huws, Roberta Irwina, Romana Ondaka i Laurie Persons eksponujących się wcześniej w najmodniejszych światowych  przybytkach sztuki. Przedsięwzięcie było karkołomne, trudno bowiem odtworzyć nic pokazywane pierwotnie w unikalnej przestrzeni. Na potrzeby wystawy przeznaczono pięć sal na cztwartym piętrze Centrum Pompidou. Pomieszczenia były puste, ściany białe, podłogi nagie, oświetlenie standardowe dla czasowych ekspozycji. Porządku pilnowali strażnicy jak to zwykle w muzeach. Przedsięwzięcie udokumentowane zostało na pięciuset stronach specjalnego katalogu wystawy "Voids, a Retrospective" dostępnego za jedyne 39 euro.

poniedziałek, 22 lipca 2019

Love is love 😉

Jestem wielbicielką serialu "Narcos". Kolejne sezony produkcji oglądałam z wypiekami na twarzy podziwiając sprawność twórców w przedstawianiu postaci i wątków. Byli wyjątkowo przekonujący. Śmiem twierdzić, że w pierwszym odcinku trzeciego sezonu, poświęconego losom członków kartelu z Cali, znalazła się najbardziej romantyczna filmowa scena taneczna ostatniego dwudziestolecia.

sobota, 25 listopada 2017

W wielkim mieście przed biurem leśnika, rota strzelców stanęła zielona....

Przed chwilą obejrzałam filmową relację z wiecu poparcia dla jednego z ministrów i łzy cisnęły mi się do oczu równocześnie z trzech powodów: ze wzruszenia, z zażenowania i ze śmiechu. Otóż, wyobraźcie sobie, że pewien mówca, zwracając się do swego szefa, zamiast swojsko brzmiącego, barejowskiego łubudubu, łubudubu, niech żyje nam itd., co byłoby obecnie bardzo na miejscu i nie wywoływało w obserwatorach większych emocji,  postanowił sięgnąć po tekst z tzw. wyższej literackiej półki, znacznie bardziej osobisty, intymny wręcz i trawestując najwybitniejszego polskiego przedstawiciela młodopolskiej poezji erotycznej, rzekł zachowując pełną powagę:

"Panie profesorze,
mów do nas jeszcze, mów do nas jeszcze!
Za taką mową tęskniliśmy lata.
Każde twoje słowo budzi w nas dreszcze.
Mów do nas jeszcze, mów do nas jeszcze...."


Całość tutaj >>


Niezmiennie wzrusza mnie takie nieporadne, naiwne odwoływanie się do popularnych tekstów poetyckich i próby publicznego, nieskrępowanego zasadami przyzwoitości, wykorzystania ich bez względu na kontekst sytuacyjny, a nawet wbrew kontekstowi. Od tej chwili słowa utworu Tetmajera brzmią stokroć bardziej przejmująco, perwersyjnie i dekadencko, a na dodatek zabawnie.

Józef Mehoffer, Cynie, 1911

Przy okazji pomyślałam sobie, że ku przestrodze wielbicielom erotyków młodopolskiego poety, przypomnę za Adamem Grzymałą-Siedleckim pewną anegdotę.

piątek, 3 listopada 2017

Kwity na Jana Kochanowskiego

Jan Kochanowski

Kilka dni temu prezydent Andrzej Duda świętując na Zamku Królewskim w Warszawie 500-lecie reformacji, powiedział m.in.:
"...Społeczność luterańska położyła również wielkie zasługi dla rozwoju nauki i kultury polskiej. Do najwybitniejszych postaci nie tylko wśród polskich ewangelików, lecz wśród Polaków w ogóle, zalicza się uczonych – ojca leksykografii polskiej Samuela Bogumiła Lindego oraz historyka sztuki i muzealnika prof. Stanisława Lorentza. Polskimi luteranami byli sławni wydawcy – Gebethner i Wolff, a także znakomici artyści, jak malarz Wojciech Gerson, czy ‒ wcześniej ‒ wielcy polscy literaci, poeci, jak Jan Kochanowski czy Mikołaj Rej, którzy przecież uważani są dzisiaj za twórców polszczyzny. Wreszcie ewangelicy walnie przyczynili się również do rozwoju ekonomicznego Polski. W historii gospodarki narodowej chlubnie zapisali się fabrykanci czekolady z rodziny Wedlów i znani browarnicy – Haberbusch i Schiele...."

Zrzut ze strony prezydent.pl, kliknij, aby powiększyć.

O ojcach leksykografii polskiej i Samuelu Bogumile Lindem, który niezbyt sprawnie władając polszczyzną, stworzył "Słownik języka polskiego", napiszę przy innej okazji, bo temat jest i fascynujący, i sensacyjny. Nie zamierzam też zajmować się religijnymi preferencjami Mikołaja Reja. Ten zmęczony zawiłościami i finezją "gęsiego języka" przedstawiciel  renesansu, będąc człowiekiem poczciwym, praktycznym a światopoglądowo niewybrednym, mógłby widnieć na sztandarach przedstawicieli kilku wyznań religijnych.

Myli się jednak nasz Książę Niezłomny 😚, zaliczając do grona luteranów Jana Kochanowskiego. W świetle znanych faktów i dokumentów, Jan z Czarnolasu był wiernym synem Kościoła Katolickiego. Badacze twórczości i biografowie poety od dziesięcioleci próbowali potwierdzić związki Kochanowskiego z luteranizmem. Im jednak bardziej ich szukali, tym mniej je znajdowali.

poniedziałek, 23 października 2017

O Kopciuszku tak samo, ale jakby inaczej

Podobno już w starożytnym Egipcie uwalone sadzą dziewczęta wzruszały się słuchając opowieści o Kopciuszku - ambitnej panience, która czarem osobistym (choć z ciotczynym wsparciem) zdobyła serce księcia i zamieniła wysłużony fartuch na suknię szytą złotą nicią, a uczciwą, ciężką pracę na splendor dworu. Po czym żyła długo i szczęśliwie, bynajmniej oskarżając księcia o nazbyt nachalne i niestosowne okazywanie zainteresowania, a może właśnie dzięki tej werbalnej wstrzemięźliwości.
Baśń o Kopciuszku znana jest w wielu wersjach. Sądzę, że najbardziej popularna wyszła spod pióra Charlesa Perraulta w zbiorze "Bajki babci Gąski" (cóż za fenomenalny tytuł, nomen omen), najbardziej krwawą wersję rozpropagowali bracia Grimm, najbardziej zaś poruszającą, moim zdaniem, spisał Sadok Barącz i opublikował w latach sześćdziesiątych XIX w. w książce "Bajki, fraszki, podania, przysłowia i pieśni Rusi". Przytaczam ją z myślą o tych ambitnych i wyzwolonych kobietach, które interesownie gustują i równie interesownie gusta zmieniają, odwiedzają chętnie i pasjami, ale bez publicznie deklarowanej po latach przyjemności.
Zwracam uwagę na uroczo feministyczną wersję przezwiska baśniowego dziewczęcia.
Lekko uwspółcześniłam ortografię tekstu.

Edgar Degas, Wnętrze, 1869

Śliczna panna, nie chcąc iść za mąż za tego, którego nie kochała, poprosiła ojca, żeby jej sprawił piękne suknie i wózek latający, że skoro to będzie miała, to pójdzie za tego, za którego ojciec rozkaże. Ale gdy to wszystko sprawił ojciec, ona wsiadła na wózek i z domu uciekła. Wszystkie swoje szaty i wózek w lesie ukryła, a sama przebrawszy się w kożuszek zakrywający oczy i twarz, poszła służyć do pewnego pana, który często bił ją szczotką i głowę polewał.

poniedziałek, 4 września 2017

Dosyć tej tępej propagandy!

Zadowolona  szefowa Ministerstwa Edukacji Narodowej mówi właśnie w "Wiadomościach", że jeśli idzie o reformę edukacji to "wszystko się udało". Albo paniusia bezczelnie kłamie w żywe oczy, albo nie ma pojęcia o  tym, co dzieje się w jej resorcie, albo jest po prostu głupia? Innej możliwości nie widzę.
Mój młodszy syn jest obecnie w siódmej klasie. Mimo że rok szkolny właśnie się zaczął, uczniowie nie mają żadnych podręczników i ćwiczeń. Książki do szkół nie dotarły i nie wiadomo, kiedy dotrą. Nauczyciele wyglądają na przerażonych, choć zapewniają, że jakoś sobie poradzą.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Po drodze - Vrsar

Jakkolwiek bardzo lubię zwiedzać, nie traktuję tej aktywności jako formy wypoczynku. Przeciwnie, choć przyjemna, wydaje mi się niekiedy niebywale wyczerpująca. Oglądanie atrakcji w miejscach, gdzie jest ich mnóstwo, a większość z nich bez wątpienia zaliczyć trzeba do najważniejszych osiągnięć światowego dziedzictwa, wywołuje u mnie zawroty głowy, dziwne dygotanie serca, niepokój, wprawia mnie w nerwowość i doprowadza na skraj paniki. Z Wenecji wyjechałam podobnie jak niegdyś Giacomo Girolamo (bardzo mi się podoba brzmienie tego imienia) Casanova pospiesznie (choć ze zgoła innych niż on powodów), skracając zaplanowany tam pobyt i marząc o wytchnieniu w jakimś spokojnym urokliwym miejscu. I podobnie jak słynny awanturnik trafiłam do Vrsar, trzysta lat temu znanego jako Orsara.

Vrsar, widok od strony mariny, taki miał Casanova "na dzień dobry" 

Vrsar, widok od strony drogi, taki miałam ja

Trudno znaleźć przyjemniejsze miejsce do wytchnienia. Maleńka, malowniczo położona na wzgórzu miejscowość ma akurat tyle atrakcji, ile wycieńczony zwiedzaniem turysta jest w stanie ogarnąć z przyjemnością, bez pośpiechu i zamiast nadmiaru poczuć lekki niedosyt. Casanova w swym pamiętniku chwalił tutejsze wino, jedzenie, hojność mieszkańców i urodę kobiet. Od jego czasu zmieniły się tylko kobiety. Awanturnik zadurzył się z wzajemnością w pięknej Greczynce. W tym roku we Vsar Greczynek nie zauważyłam, dominowały Niemki i Austriaczki z rodzinami wynajmujące apartamenty w nadmorskich ośrodkach i hotelach otaczających miasteczko. I w przeciwieństwie do opisanej przez Casanovę Greczynki, raczej nie sprawiały wrażenia skorych do romansowania.

Droga do/z "centrum" od strony mariny

piątek, 2 czerwca 2017

Horrendum polskie

Grzegorz Stec, "Wóz Krzyku" III, 2015
źródło: wikipedia.org

Grzegorz Stec chyba w jakimś wieszczym przeczuciu namalował ten obraz z marcu 2015 roku.

Ci, którzy wówczas przepowiadali nadciągający horror, mieli rację. Od wielu miesięcy jest upiornie.
Mamy powrót do średniowiecza w jego wczesnej, mrocznej, pogańskiej formie.
Jeszcze dwa lata temu nikomu przez głowę nie przeszło nawet, że przywódca państwa w środku Europy może paść na kolana na ulicy miasta przed posągiem swego mistrza i w ten sposób oddawać mu hołd. Niczym bożkowi. Teraz wypada się cieszyć, że się przed bałwanem nie czołgał.

czwartek, 11 maja 2017

Kochankowie ze "Statku głupców"

Quentin Metsys, Małżeństwo, 1525-30

Uroczy obrazek sprzed blisko pięciuset lat. Ona - bardzo atrakcyjna, dojrzała, inteligentna, kobieta sukcesu z workiem pieniędzy w ręku. Ma niesamowitą klasę, a gustownym strojem potrafi zaakcentować wszystkie swe atuty i, mimo zaawansowanego wieku, jest nadal niezwykle pociągająca. Urzeka i wymyka się stereotypom.
On - młody, ambitny i taaaki zakochany. 

wtorek, 2 maja 2017

Nowy pomnik na Krakowskim Przedmieściu?

Jestem wielbicielką pomników. Generalnie uważam, że im więcej monumentów w mieście, tym jest ono piękniejsze. Najbardziej cenię sobie pomniki tzw. zakręcone, niebanalne, będące wcieleniem szalonej myśli artysty, ale różne szkardki i kicze także uważam za niepozbawione uroku (może z wyjątkiem plastikowych badziewi). Doceniam radość, którą wnoszą w codzienną szarość życia. Wydaje mi się, że w porównaniu z innymi europejskimi miastami, jeśli idzie o pomniki, Warszawa prezentuje się nader skromnie, a już Krakowskie Przedmieście z trzema posągami (nieco frasobliwy Kopernik, seksowny Poniatowski 💟, wzdęty Mickiewicz), to już w ogóle bieda.

Detal Pomnika Józefa Poniatowskiego
na Krakowskim Przedmieściu, fot. Wikipedia.org

Ostatnio pan prezydent zapowiedział, że przy reprezentacyjnej ulicy Warszawy staną jeszcze dwa monumenty. Powiem - trzy!

czwartek, 2 marca 2017

Coś z Warszawy, Malty i Zadaru

Zirytowała mnie indolencja MKiDN w sprawie rozwydrzonej barbarii i prymitywizmu eksponowanych na teatralnej scenie w świetle reflektorów. Domyślam się, że pan Gliński nie ma czasu zająć się sprawą, bo po udanym zakupie Kolekcji Czartoryskich, a potem zamku w Gołuchowie, pewnie cenę Wawelu negocjuje, coby go Polakom sprezentować za haracz wydarty w podatkach. Ludzki pan 😕 . W cywilizowanym kraju instytucje państwowe mają przywilej i wyłączność wymierzania kar. Brak konsekwencji z ich strony tylko ośmiela czerń i agresywnych prostaków, a przyzwoitych skłania do zmiany preferencji wyborczych.

Sama poczułam się natomiast ostatnimi wydarzeniami sprowokowana na zamieszczania kilku zdjęć z wakacji.  Sądzę, że to dobry moment.


Wybrzeże Malty

wtorek, 7 lutego 2017

Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział....

Franciszek Kostrzewski, Polowanie, 1886

Trafiłam na Onecie na artykuł poświęcony opiniom ekspertów na temat nowej podstawy programowej. Mam dwoje dzieci w wieku szkolnym, jestem więc żywo zainteresowana tematem. Nie jest mi bowiem obojętne, czego i w jaki sposób uczą się moje pociechy.  W tekście pt. "Opublikowano opinie do projektu nowej podstawy programowej" znalazłam takie kuriozum.

Kliknij, aby powiększyć


Eksperci Uniwersytetu imienia, o ironio, Adama Mickiewicza zarzucają twórcom podstawy programowej umieszczenie w niej chyba najbardziej porywających czytelnika fragmentów "Pana Tadeusza": opisu polowania i koncertu Wojskiego na rogu. Pytają, czy celem autorów podstawy jest propagowanie idei zabijania zwierząt jako chlubnej tradycji narodowej.

Przyznam szczerze, że do epopei narodowej mam stosunek silnie emocjonalny. Uwielbiam "Pana Tadeusza". Przeczytałam poemat od deski do deski kilkanaście razy, za każdym razem z rosnącą przyjemnością i krew się we mnie gotuje, kiedy ktoś próbuje podważać wartość tego dzieła podpierając się lewackimi zabobonami i pod pozorem troski o emocjonalny rozwój dzieci.

Gdyby eksperci Uniwersytetu Adama Mickiewicza przeczytali "Pana Tadeusza", z pewnością... trochę się chyba zagalopowałam, poprawka - być może zauważyliby, że gospodarze i goście Soplicowa nie żywili się korzonkami i trawą, ale chętnie sięgali po mięsiwa. Na stole Sędziego pojawiały się combry z dzika, pieczenie sarnie, jelenie oraz głuszce i cietrzewie a także wielka rozmaitość wędlin. Łowy były więc koniecznością.  Od sprawności myśliwych zależał dobrobyt mieszkańców Soplicowa. Litewska puszcza była domem dla niezmiernego bogactwa zwierzyny, o czym także można przeczytać w epopei. Polowania, przebiegające zgodnie z tradycją, w żaden sposób nie mogły zaszkodzić środowisku (vide: opis matecznika).

Co do łowów na niedźwiedzia, Mickiewicz doskonale uzasadnił w tekście konieczność zorganizowania ich.

wtorek, 17 stycznia 2017

Do końca świata i jeden dzień dłużej

Charles Le Brun, Alegoria dobroczynności, XVII w.

Bardzo podobała mi się tegoroczna edycja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Mam wrażenie, że uwolnienie inicjatywy od natręctwa ze strony państwowych instytucji bardzo jej pomogło i pokazało, że rzeczywiście jest to istotna sprawa dla zwykłych ludzi i prywatnych firm, które chcą czynić dobro wokół siebie.  Rząd i samorządy mogą fundusze na leczenie dzieci i seniorów przekazać jednym zapisem w budżecie, a im mniejsza liczba pośredników, tym pieniędzy na leczenie zostaje więcej.  Powiedzmy sobie również szczerze, że policja, wojsko czy straż pożarna powinny skupić się na wykonywaniu swoich zadań, a bieganie z puszką pozostawić na czas po służbie lub innym chcącym się społecznie zaangażować.

Oglądając relacje z finału Orkiestry pomyślałam sobie ciepło o prywatnej telewizji, która zapowiadała wydarzenie i rewelacyjnie je relacjonowała. Z podziwem patrzyłam, jak celebryci wypromowani przez tę stację z puszkami w ręku przez wiele godzin zbierali pieniądze na warszawskich ulicach nie zważając na zabójczy smog.

Wspaniale zaprezentowały się też prywatne firmy, koncerny i korporacje. Pozbawione konkurencji ze strony spółek Skarbu Państwa, błyszczały hojną szlachetnością. Wielką zasługą organizatorów Orkiestry jest to, że zdołała namówić do współpracy także przedstawicieli tych firm, które na co dzień unikają płacenia podatków w Polsce i niechętnie odnoszą się do wszelkich zobowiązań wynikających z prowadzania biznesu tutaj. Orkiestrze okazały wspaniałomyślność i sypnęły milionami.

Nie do przeceniania są integracyjne umiejętności członków Orkiestry. Do zwolenników Fundacji, wielu ludzi dobrej woli, dołączyły także takie osoby, które wg moich obserwacji, niechętnie angażują się w jakiekolwiek działania na rzecz innych. Na ogół wygłaszają twierdzenia jakby żywcem wyjęte z ust Ebenezera Scrooge'a (przed wigilijnym nawróceniem). Sama myśl o tym, że jakaś część płaconych przez nie podatków może trafić np. w postaci 500+ do dzieci, albo jako emerytura do biedniejszych seniorów, doprowadza je do liberalnej furii i wywołuje pełen pretensji słowotok. I oto w tym jednym dniu w roku także takie osoby z radością otwierają swoje portfele, wyciągają karty kredytowe lub złote ajfony i hojnie wpłacają na WOŚP. A przekazywane kwoty są tym wyższe im większe jest zdziwienie otoczenia. I mówcie, co chcecie, ale to jest absolutnie wspaniałe i może nawet cud. I wątpię, by jakiejkolwiek innej organizacji w Polsce, udało się włączyć wspomniane osoby w działalność charytatywną.

piątek, 30 grudnia 2016

Miłościwie nam panujący sikają na bar

Podzielam wątpliwości osób, które krytykują Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego za zakup kolekcji Fundacji Książąt Czartoryskich. Wydanie lekką ręką pół miliarda złotych na kupno obiektów, które nie mogą być wywiezione z kraju, a zgodnie ze statutem fundacji zarządzającej zbiorami, muszą być udostępniane publiczności i które przez kilkadziesiąt lat były utrzymywane z pieniędzy polskich podatników, uważam za iście magnacką fanaberię. Rządzący mogliby ewentualnie zrealizować ją z własnej kieszeni, gdyby było ich na to stać. Zachodzę też w głowę, w jaki sposób Czartoryscy mogli np. wejść w prawa materialne i prawa własności do spisanego "Aktu Hołdu Pruskiego" z roku 1525 i strasznie niepochlebne rzeczy o "Familii" przychodzą mi na myśl.

Pan książę Adam Karol Jezus Maria Czartoryski mówiąc, iż "od 1991 r. z sukcesem starał się zaprezentować na świecie Damę z gronostajem w ten sposób promując polską sztukę..." jedzie ostro po bandzie, co doświadczonemu kierowcy formuły III zwyczajnie nie przystoi, a już ta patriotyczna gadka o kontynuowaniu zasług przodków na chwilę przed przytuleniem przez zarząd fundacji (z byłym zięciem "najbogatszego Polaka" w składzie) pięciuset milionów złotych, jest zwyczajnie nieznośna i co bardziej złośliwych kusi, by przypomnieć księciu panu plotki o pochodzeniu pradziadka i jego zasługach... dla imperium.

Właściwie nie miałam ochoty pisać o tej transakcji, ale obejrzałam dzisiaj "Wiadomości", a tam jakaś pobudzona starsza dzierlatka, entuzjastycznym głosem oznajmiła, że Polacy uważają mijający rok za udany, a chwilę potem wyemitowano materiał na temat dobrodziejstw, jakich naród doświadczył dzięki programowi 500+. Wyglądało to zupełnie jak żart z "Desperado" Quentina Tarantino.



czwartek, 10 listopada 2016

Gniew białej wiejskiej Ameryki ...

Poniższy obraz uważany jest za ikonę i symbol Stanów Zjednoczonych.

Grant Wood, American Gothic, 1930


Strasznie jestem zarobiona ostatnio, nie mogę sobie jednak odmówić komentarza do komentarzy po wyborach w USA. Histeria lewicujących elit bawi mnie bowiem niezmiernie, choć obawy uważam za częściowo słuszne i bynajmniej przesadzone. Urzekła mnie zwłaszcza wypowiedź komentatora New York Timesa, Paula Krugmana, który napisał: "Przerażająca noc. Gniew wśród białej, wiejskiej Ameryki jest większy niż myślałem".

Dzień po tym, jak Republikanie rozgromili Demokratów w wyborach, na ulice kilkunastu amerykańskich miast wyszły pokrzyczeć sobie drobne grupy przerażonych demonstrantów. Wygląda na to, że biali starsi niezbyt dobrze wykształceni, a mimo to bogatsi (bo pracowici) amerykańscy "wieśniacy" nieźle pogonili kota wykształconym wielkomiejskim gołodupcom (kocham polszczyznę!).
Poczytałam sobie opinie Mike'a Pence'a, przyszłego wiceprezydenta, na różne ważkie społecznie tematy. Promotorom dzieciobójstwa i innych zboczeń nieśmiało sugeruję, by jednak w imię własnego komfortu a może i bezpieczeństwa założyli pasy, co to je niedawno zdjęli, bo szykuje się ostra jazda na amerykańskiej autostradzie do wielkości (czytaj: normalności).

środa, 26 października 2016

Moje siostry krowy

W ostatnich dniach w Warszawie padało prawie bez przerwy.
Zaangażowane społeczne panie postanowiły więc "nie składać parasolek" (gdyż te "mają moc") i po raz kolejny pokazać, że "nie są głupimi krowami". Odziane w wyszczuplającą czerń, w godzinach tzw. szczytu, domagały się w poniedziałek na ulicach miasta "pełni praw reprodukcyjnych".  Te "prawa reprodukcyjne" wstrząsnęły mną nie mniej niż te "głupie krowy". Wyrażenie mocno bowiem trąci zootechniką i, mówiąc szczerze, bardziej pasuje do bydła niż do ludzi.

W wydanym przez PWN "Słowniku języka polskiego", znalazłam pięć  znaczeń słowa "reprodukcja", w tym jedno potwierdzające intuicję dotyczącą odniesienia do hodowli zwierząt.
1. <<Kopia oryginału (obrazu, dokumentu itp.) wykonana w dowolnej skali metodą fotograficzną lub drukarską>>: Czarno-biała, kolorowa reprodukcja. Reprodukcja obrazu, szkicu. Album z reprodukcjami dzieł sztuki. Zbiór reprodukcji. Wykonać, sporządzać reprodukcję.
2. <<wykonywanie takiej kopii; odtwarzanie, odtworzenie, powtórzenie czegoś, reprodukowanie>>: Reprodukcja dokumentów.
3. <<rozmnażanie zwierząt i roślin dla celów użytkowych>>: Reprodukcja hodowlana. Reprodukcja stada. Reprodukcja zbóż.
4. ekon. <<nieustanne odtwarzanie wszystkich czynników biorących udział w procesie produkcji, w celu jej stałego kontynuowania>>
5. psych. <<odtwarzanie czegoś w pamięci jako składnik przypomnienia>>


Przymiotnik "reprodukcyjny" wyjaśniono następująco:
" przym. od reprodukcja (zwykle w zn. 2 i 3)
a) w zn. 2: Muzyczny mechanizm reprodukcyjny. Technika metoda reprodukcyjna dzieł sztuki.
b) w zn. 3: Hodowla reprodukcyjna. Gospodarstwo reprodukcyjne."

   
Zajrzałam także na internetową stronę PWN, a tu niespodzianka. Obok wspomnianych wyżej pięciu znaczeń, autorzy za stosowne uznali dodać odrębne hasło "reprodukcja ludności". 



Zaprawdę redaktorzy witryny wykazali się godną pochwały rewolucyjną czujnością. Odpowiednie organizacje hodowców powinny docenić tę gorliwość i przypiąć stosowne ordery do piersi.

piątek, 14 października 2016

Anatomia zdrady, czyli oczy szeroko zamknięte

Spowita wiatrem i orzeźwiona deszczem, albo szczękająca z zimna zębami jak karabin maszynowy, jeśli ktoś woli realizm ponad rzewne sentymenty, usiadłam na wygodnej kanapie w stylu biedermeier delektując się gustownym eklektycznym wystrojem jednej ze śródmiejskich warszawskich restauracji, gdzie umówiłam się na kolację z mężem, własnym. Zamówiłam dwie lampki grzanego wina i wołowinę teriyaki, zaznaczając, by drugie wino i kolację podano, kiedy przyjdzie druga osoba.
I wtedy za plecami usłyszałam ożywioną rozmowę dwóch kobiet. Właściwie mówiła jedna, druga odpowiadała półsłówkami i udawała, że rozumie.

- On u nas pracuje od dawna. Jak ja przyszłam, on już był. Nie zwracałam na niego większej uwagi, bo rzadko mieliśmy kontakt. I wydawał mi się trochę taki nieprzystępny. Wszystko zmieniło się w tej delegacji. Zeszłam wieczorem do baru i on tam był. Zaczęliśmy rozmawiać i pomyślałam, że w sumie to inteligentny gość, dowcipny i w ogóle. Trochę potańczyliśmy  i tak się zaczęło. Wiesz, nie robiłam sobie wielkich nadziei, ale dlaczego nie spróbować. Kilka dni później wysłał taki śmieszny SMS, odpisałam. Pół nocy esemesowaliśmy. Potem razem pojechaliśmy jeszcze do X i XX, w delegację. Wspaniale było, nigdy nie przypuszczałam, że facet może być taki troskliwy i opiekuńczy. 
- Super! Gratuluję, bardzo się cieszę.
- Nie ma czego gratulować. Jego żona odczytała SMS.
- A to szuja!!! Nie powiedział ci, że jest żonaty.
- Nie... wiedziałam, że jest żonaty i nawet ma dzieci. Ale gdyby układało mu się w małżeństwie, przecież nie wdawałby się w romans. Nigdy nie jest tak, że jak w małżeństwie gra, facet szuka innej. Czy ja zawsze muszę myśleć o innych, a nie o sobie!
- I co teraz?
- Nic. Zadzwonił, powiedział, że żona przejrzała jego telefon i z nami koniec....W pracy wziął urlop. Wysłałam mu kilka dni temu na skrzynkę e-mail wiadomość, niby służbową, ale chciałam zobaczyć, co odpisze.
- I...
- Nie odpisał.

- Kaśka się spóźnia, zadzwonię do niej.
- Zapomniałam ci powiedzieć, nie przyjdzie. Rozwodzi się.
- Dlaczego, przecież ona ma takiego fajnego męża!
- Nakryła go na zdradzie. Nawet się nie wypierał. Co prawda powiedział, że zerwie z tamtą, ale Kaśka wystawiła mu walizki za drzwi.
- To może jeszcze się pogodzą. Czasami warto wybaczyć.
- Żartujesz. Kilka dni potem, jak przemyślała wszystko, pojechała do teściowej, bo myślała, że on u mamusi siedzi, a teściowa zdziwiona. Pogadały sobie chwilę i mamusia wezwała synka natychmiast na dywanik. Wiesz, gdzie mieszkał? U tej flądry! Powiedziałam Kaśce, że facet, który raz zdradził, będzie zdradzał i nie warto zaprzątać nim sobie głowy. Wahała się, ale w końcu wzięła adwokata. W strasznym jest stanie, ale mówi, że ....

I w tym dramatycznym momencie usłyszałam dobiegający z torebki głos Steviego Wondera "I just called to say I love you" obwieszczający SMS od męża: "Kochanie, sorry, mamy awarię na obiekcie, chłopaki sobie nie radzą, straty mogą pójść w miliony. Muszę jechać."  Gdy druga połówka ratuje świat przed kataklizmem, obowiązkiem żony jest czekać. Poprosiłam więc o zapakowanie kolacji, rachunek, wezwałam  taksówkę i wróciłam do domu. Tu moją uwagę zwróciła leżąca na biurku "Anatomia zdrady" Wojciecha Wyplera, przesłana mi kilka dni wcześniej przez wydawnictwo. Zaczęłam czytać.



czwartek, 21 lipca 2016

Naród o ugruntowanej pozycji w Europie poszukuje kandydatki na stanowisko pierwszej damy RP

forma zatrudnienia: umowa o pracę
czas zatrudnienia: 5 lat
obowiązki:
- towarzyszenie prezydentowi w czasie oficjalnych i nieoficjalnych spotkań zgodnie z protokołem dyplomatycznym i zasadami etykiety,
- wspieranie innych działań prezydenta RP w zakresie zleconym przez prezydenta

wymagania:
- znajomość protokołu dyplomatycznego i zasad savoir-vivre,
- gotowość uczestniczenia w licznych podróżach,
- gotowość do pracy w dni ustawowo wolne,
- dyskrecja,
- odporność na stres,
- umiejętności negocjacyjne mile widziane,
- znajomość angielskiego i innych języków obcych mile widziana

Poszukujemy osoby sympatycznej, życzliwej wobec świata i ludzi, skromnej.
Wynagrodzenie miesięczne: X000 złotych brutto + fundusz reprezentacyjny, mieszkanie w Pałacu Prezydenckim, pełen serwis 24/24 7/7 (kucharka, pokojówka, praczka, fryzjer, krawcowa, garderobiana, stylistka), pakiet medyczny premium, samochód służbowy z kierowcą, telefon, laptop, czterotygodniowe wakacje w dowolnie wybranym zakątku świata.

Tak, moim zdaniem, powinno wyglądać ogłoszenie o pracę na stanowisko pierwszej damy odzwierciedlające jej obecne obowiązki. Pani Agata Kornhauser-Duda mogłaby oczywiście w konkursie wystartować, gdyby była zainteresowana tą posadą. Decyzję podjąłby naród w drodze głosowania, skoro naród ma płacić (coś mi mówi, że miałaby wtedy większe szanse niż gdyby wyboru dokonywał jednoosobowo prezydent). Podobne konkursy można by (przezornie, gdyby ktoś zażyczył sobie w przyszłości wynagrodzenia za te funkcje) przeprowadzić na stanowiska dzieci prezydenta (uważam, że prezydent powinien być wzorem dla innych, więc gromadka pociech powinna być liczna), rodziców (choć tu państwo Dudowie wydają się bezkonkurencyjni), teściów a nawet szwagra (pan Jakub K., zupełnie się nie nadaje na tę posadę i powinien spełniać się raczej gdzie indziej; aspirujący poeta-dysydent junior wydaje się odpowiadać jego kompetencjom, talentom i doświadczeniu zawodowemu ... ;)

sobota, 18 czerwca 2016

Muzeum Narodowe i Platige Image ocenzurowały Matejkę

Muzeum Narodowe w Warszawie i firma Platige Image, która na zamówienie instytucji przygotowała wersję 3D "Bitwy pod Grunwaldem", pominęły w filmowej prezentacji dzieła kluczowy element. Nie znajdziecie w niej objawienia świętego Stanisława. Wszyscy wielbiciele twórczości Matejki wiedzą, że ten święty zajmuje wyjątkowe miejsce w pracach artysty i pojawia się w nich nieprzypadkowo. Są tacy badacze, którzy twierdzą, że legenda św. Stanisława stanowi oś całej spuścizny malarza i, moim zdaniem, mają rację.

Nie wiem jak Wy, ale ja mam serdecznie dosyć różnych chrystianofobów, antyklerykałów, sfanatyzowanych ateistów, którzy obsiedli  instytucje kultury i pasożytują na nich. Zamiast dbać o spuściznę narodową i robić wszystko, by zachować jej tożsamość i integralność oraz promować wyjątkowość i niepowtarzalność naszego dziedzictwa, manipulują przekazem dotyczącym najcenniejszych dzieł i twórców. Wyjątkowa perfidia i skandal!

Jan Matejko, Bitwa pod Grunwaldem, 1872-78

Jan Matejko, Bitwa pod Grunwaldem, detal,
którego nie znajdziecie w prezentacji

I niekompletny, zmanipulowany film.

wtorek, 14 czerwca 2016

A gdybyście mieli szwagra...

A - osoba pracowita, prostolinijna i wielce naiwna nie mogła wyjść ze zdziwienia po przeczytaniu e-maila, w którym szef prosił ją o przygotowanie efektywnej kampanii promującej książkę poświęconą rzekomym aferom i rzekomym licznym przekrętom pana B. Podobizny pana B. od kilku tygodni zdobiły wszystkie gazety, opiniotwórcze tygodniki, a filmy z jego zatrzymania przez odpowiednie służby, pojawiały się na każdym kanale informacyjnym. Wydana właśnie książka odpowiadała na społeczne zainteresowanie i zapowiadała się na bestseller bez żadnej promocji. Zaskoczenie A wynikało z tego, że firma, w której pracowała, zarządzana była m.in. przez syna pana B. Biednej specjalistce od promocji w głowie się nie mieściło w związku z tym, że właśnie taka książka w takim miejscu będzie szczególnie reklamowana.

Powodowana prostodusznością i jakąś tam lojalnością wstała od swojego biurka i udała się do gabinetu wiceprezesa, by zapytać go, czy wie i co sądzi o pomyśle promowania kontrowersyjnej pozycji. Wysłuchano ją z troską, której niewątpliwie wymagała. Po czym rekin biznesu swym niskim aksamitnym głosem zadał pytanie z gatunku pytań retorycznych i silnie motywujących.
- Kto, jak nie my, pani zdaniem, bardziej zasługuje na to, by zarobić na zainteresowaniu tematem i na tej książce?

Adriaen Isenbrant, Człowiek ważący złoto, 1515

A gdybyście mieli szwagra... i gdyby ten szwagier był literatem i gdyby kiedyś przyszedł do was i powiedział: