Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anegdota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anegdota. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 stycznia 2020

Jak odróżnić artystę od błazna

Co jakiś czas w uznanych przybytkach kultury organizowane są wystawy bez eksponatów. Rozentuzjazmowana publiczność, za kwotę kilkunastu euro, może przechadzać się wówczas, poglądając na bezwstydnie nagie ściany. Sama nigdy nie uczestniczyłam w takiej estetycznej orgii pierwotnych doznań wizualnych, ale czytając impresje tych, którym dane było doświadczyć fundamentalnego minimalizmu w sztuce, odczuwałam coś na kształt zazdrości. Cudownie musi być tak wysublimować oczekiwania, by zachwycić się niczym.

Kilkanaście lat temu paryskie Centrum Pompidou, w 50 rocznicę zorganizowania pierwszej wystawy bez eksponatów, przygotowało reprospektywę takich wydarzeń prezentując dokonania (😂) 9 artystów minimalistów, począwszy od Ivesa Kleina, który miał jako pierwszy wpaść na genialny pomysł pokazania niczego w Galerie Iris Clert w Paryżu w 1958 r., poprzez Roberta Barrry'ego, Stanleya Brouwna, Marii Eichborn, Bethan Huws, Roberta Irwina, Romana Ondaka i Laurie Persons eksponujących się wcześniej w najmodniejszych światowych  przybytkach sztuki. Przedsięwzięcie było karkołomne, trudno bowiem odtworzyć nic pokazywane pierwotnie w unikalnej przestrzeni. Na potrzeby wystawy przeznaczono pięć sal na cztwartym piętrze Centrum Pompidou. Pomieszczenia były puste, ściany białe, podłogi nagie, oświetlenie standardowe dla czasowych ekspozycji. Porządku pilnowali strażnicy jak to zwykle w muzeach. Przedsięwzięcie udokumentowane zostało na pięciuset stronach specjalnego katalogu wystawy "Voids, a Retrospective" dostępnego za jedyne 39 euro.

sobota, 23 lutego 2019

Czy Adam M. zawiódł Marylę W.

Angelica Kauffmann, Pani de Krudener
z synem, 1786
Portret obok przedstawia jedną z najinteligentniejszych, najbardziej czarujących, najlepiej wykształconych i bardzo, bardzo wpływowych kobiet przełomu XVIII i XIX w., baronową Barbarę Julianę de Krudener. Namalowany został przez Angelikę Kauffmann ciesząca się niebywałą popularnością i sympatią wśród europejskich arystokratek, podczas pobytu Barbary w Rzymie. Dama udała się do słonecznej Italii wraz z mężem baronem Bernhardtem de Krudener, który był rosyjskim dyplomatą i właśnie ambasadorował w Wenecji.

Barbara uwielbiała swojego starszego o 16 lat męża z umiarkowaną wzajemnością z jego strony. Religijność i wysokie morale nie pozwalały jej jednak szukać pocieszenia w ramionach innego mężczyzny, mimo że z takowym mieszkała w Wenecji pod jednym dachem. Młody sekretarz pana de Krudener, Aleksander Stachiew, kochał żonę swego pracodawcy, opiekuna i przyjaciela szczerym i nieodwzajemnionym  uczuciem. Opierając się rodzącej się występnej namiętności, zdecydował jednak opuścić przyjaciół, przedkładając cnotę ponad egoistyczne szczęście.

Kilka lat później baronowa przejawiająca literackie ambicje, czerpała pełnymi garściami  z doświadczeń miłosnych nieszczęśliwego sekretarza, pisząc powieść epistolarną "Waleria, czyli listy Gustawa de Linar do Ernesta de G...". Utwór zdobył olbrzymią popularność, choć zdania na jego temat były podzielone. Taki Napoleon Bonaparte, któremu dumna pani de Krudener przesłała swe dzieło, uważał tę prozę "za połączenie patosu, paplaniny i dziwactwa". J. Goethe zaś czuł się urażony, kiedy porównywano ją do "Cierpień młodego Wertera". Warto wspomnieć, że pani de Krudener pisała swe dzieło niejako w opozycji do niemieckiego romansu, podejmując polemikę z jego występną i grzeszną wymową, a dokładając wszelkich starań, by opowiedziana historia była przykładem dla cnotliwych, nauką dla moralnych i wzorem dla ceniących piękno.

czwartek, 15 czerwca 2017

Jak Tadeusz Rejtan kamieniem rzucił w "gorszy sort"

Protestujący Tadeusz Rejtan na obrazie Jana Matejki

Tadeusz Rejtan zapewnił sobie patriotyczną legendę i trwałe miejsce na kartach historii efektownym zablokowaniem przejścia. Szlachcic rzucił się przed maszerujących zdrajców, rozerwał koszulę obnażając nagi tors i przejmującym głosem począł zaklinać ich na wszystkie świętości, by zawrócili z drogi hańby, albo będą zmuszeni przejść po jego trupie.
Mimo że od tych dramatycznych chwil upłynęło przeszło dwa stulecia, Rejtanowski protest stanowi niedościgniony wzór wszystkich protestów. Przy nim posadzenie czterech liter na drodze przemarszu przez współczesnych protestujących wygląda na totalną fuszerkę i symulanctwo. Nie dziwi więc, że obserwatorzy pozostają ogólnie niewzruszeni i znudzeni.

Wspominam Rejtana, bo przypominając sobie jakiś czas temu "Pamiątki Soplicy" Henryka Rzewuskiego, trafiłam na anegdotę, która wydała mi się bardzo na czasie.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Jak Stanisław August Poniatowski tysiącletni dąb wycinał

Henryk Rzewuski w "Pamiątkach Soplicy" przytacza pewną anegdotę czy też może legendę, z czasów młodości przyszłego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Otóż wyobraźcie sobie, że ten władca, uchodzący ciągle, nie wiedzieć czemu, za wzór człowieka nowoczesnego i kulturalnego, rzucił się wycinać prastare drzewo w imię walki z przesądami i zabobonem.

Leon Wyczółkowski, Dęby rogalińskie, 1925

A było ponoć tak.
Gdzieś w połowie  XVIII stulecia do księcia biskupa Pocieja w Wilnie dotarły niepokojące wiadomości, jakoby w puszczy lud zbierał się potajemnie pod starym dębem, celem odprawiania pogańskich obrzędów i oddawania hołdów pogańskim bożkom. Już poprzednik księcia biskupa zaniepokojony pogłoskami nakazać miał zwalenie dębu, ale jakoś nikt ku temu się nie kwapił. Patrząc na okazałe drzewo, ludzie sądzili, że widać sam Bóg musiał je chronić, skoro przez tyle wieków rosło zdrowo. Co bardziej świadomi ludzkiej natury rozpuścili wnet pogłoskę, że ten, kto by odważył się podnieść rękę na pradawny dąb, umrze natychmiast, jakoby siebie ściął.

sobota, 28 stycznia 2017

Jak pani Fuseli feministkę z domu pogoniła

John Henry Fuseli, poeta, teoretyk sztuki, rysownik i malarz w 1788 roku cieszył się w Anglii rosnącą estymą. Uznanie przyniósł mu mroczny, wypełniony grozą obraz  "Nocna mara" namalowany kilka lat wcześniej. Publikowane przezeń eseje także cieszyły się zainteresowaniem intelektualnych kręgów Londynu. Fuseli drukował je w słynącej z realizacji ambitnych projektów wydawniczych oficynie Josepha Johnsona. Na zamówienie Johnsona przygotowywał także ilustrację do tekstów innych autorów.

John Henry Fuseli, Studium do autoportretu

Na jednym z miłych towarzyskich wieczorów u swego wydawcy, Fuseli poznał najmodniejszą pisarkę sezonu Mary Wollstonecraft.

Dwudziestodziewięcioletnia Wollstonecraft sławę "hieny w spódnicy" zawdzięczała opublikowaniu pracy pt. "Thoughts On The Education Of Daughters: With Reflections On Female Conduct, In The More Important Duties Of Life", w której zawarła przemyślenia typowe dla singielki w jej wieku (czyli pretensje do całego świata, że nie docenia walorów kobiet, nie wykorzystuje ich możliwości i w ogóle nie ułatwia życia). Furorę zrobiła dzięki temu, że w dawnych czasach samotnych starzejących się pań absorbujących uwagę otoczenia było znacznie mniej niż obecnie, nikt też raczej nie wsłuchiwał się w wygłaszane przez nie mądrości, a już z pewnością nikt ich nie drukował. Panna Wollstonecraft była pionierką, jaskółką nadciągającej rewolucji.


Portret Mary Wollstonecraft wg nieznanego malarza

Mimo deklarowanej emocjonalnej wstrzemięźliwości (teoretycznie rozum ceniła ponad porywy serca) i odporności na męski magnetyzm, spotkawszy pana Fuseli'ego, panna Wollstonecraft platonicznie poddała się jego urokowi. Czterdziestosiedmioletni artysta mógł wywołać szybsze bicie serca. Był inteligentny, błyskotliwy, dowcipny, życzliwy i przystojny, mówiąc krótko ujmujący. Nonszalancję i swobodę w kontaktach damsko-męskich zapewniało mu właśnie zawarte małżeństwo. John Henry Fuseli kilka tygodni wcześniej poślubił dwudziestoletnią Sophię Rawlins swą dotychczasową modelkę, faszionistkę, której ekstrawagancka elegancja budziła podziw najbardziej wykwintnych przedstawicieli londyńskiej śmietanki towarzyskiej, a niepokojąca uroda, była inspiracją dla twórcy. Pan Fuseli kochał się w żonie z wzajemnością, a szczęście, które z niego emanowało, czyniło go niezwykle pociągającym dla kobiet, także tych złych i ambitnych.

John Henry Fuseli, Pani Fuseli
John Henry Fuseli, Pani Fuseli czytająca książkę























 

piątek, 16 grudnia 2016

Grzegorz Turnau bredzi o Dantem

Kilka dni temu Grzegorz Turnau, obwołany niegdyś artystą, opublikował na swoim facebookowym profilu notkę, w której m.in. poinformował, że umieścił na lodówce cytat z Dantego Alighieri.

Screen wpisu G. Turnaua, kliknij aby powiększyć

W tym momencie muszę zaznaczyć, że do twórczości, poglądów i moralnych kryzysów Grzegorza Turnaua mam stosunek doskonale neutralny. Dantego jednak szanuję bardzo i dlatego nie mogę pozwolić, by jakiś niedouczony i nieoczytany dyletant wciskał mu pod pióro takie durnoty.

DANTE Alighieri nigdzie NIE NAPISAŁ, ani NIE POWIEDZIAŁ WYWIESZONEJ PRZEZ TURNAUA SENTENCJI. Średniowieczny włoski poeta, filozof i polityk był człowiekiem doskonale wykształconym i posiadał ogromną wszechstronną wiedzę. Sądzę, że nie przesadzę, jeśli napiszę, że nieosiągalną dla większości współczesnych nam ludzi. Wyrazem dogłębnej znajomości zagadnień teologicznych i eschatologicznych jest "Boska komedia". Pierwsza część poematu przedstawia wędrówkę poety po Piekle. Osoby bierne, nieangażujące się w moralne spory i konflikty, Dante umieścił w przedsionku Piekła:

wtorek, 27 września 2016

Lenin wiecznie żywy, albo krótki tekst o zabijaniu najsłabszych

Jestem właścicielką pięćdziesięciopięciotomowego wydania "Dzieł wszystkich" Włodzimierza Ilicza Lenina. Książki nabyłam w niecodzienny sposób. Otóż w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia kolega pochwalił się, że do nędznego stypendium naukowego dorabia sobie w Bibliotece Sądu Najwyższego. A jego praca polega na tym, że wynosi w tegoż przybytku wiedzy część księgozbioru, który uznano za niegodny miejsca. Wśród książek skazanych na przemielenie znalazły się wspomniane dzieła. Pomyślałam sobie, że takiego Lenina, to pewnie nikt nie zechce wydać przez najbliższych sto lat, a egzemplarze z pieczątkami "Biblioteka Sądu Najwyższego"  "Wycofano dn..." będą stanowiły nie lada rarytas. Za zgodą miłych sądowych bibliotekarek przytachaliśmy "Dzieła" do domu.

Plakat radziecki,
Jeśli nie będziesz czytać książek, szybko zapomnisz litery



Muszę przyznać się do pewnej naiwności. Otóż "będąc młodą studentką", uważałam, że warunkiem koniecznym wypowiadania się na jakiś temat jest pewna wiedza i znajomość rzeczy. Z tego też powodu sięgnęłam po jeden z tomów, coby jakieś informacje na temat założeń komunizmu posiąść z tzw. pierwszej ręki. Z tego co pamiętam, był to tekst na temat konieczności i zasad prowadzenia działalności agitacyjnej wśród ludu pracującego miast i wsi. Spodziewałam się, że lektura będzie łatwa i przyjemna, taka dla prostych ludzi. Niestety. Tekst był nudny, najeżony dziwaczną terminologią, która skrywała merytoryczną pustkę rażącą nawet świeżą studentkę. Zawiodłam się mocno, bo akurat po Leninie "w temacie agitacji" spodziewałam fajerwerków, a były wystrzały z Aurory. Po paru godzinach lekturę zarzuciłam uznając, że lepiej "w temacie" być niedouczonym i uchodzić za ignorantkę, niż katować się Leninowymi elukubracjami.


Kilka dni temu sięgnęłam po "Lenina" Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego, beletryzowaną biografię wodza rewolucji. Okazuje się, że nie jestem odosobniona we wrażeniach z bezpośredniego kontaktu z żywym leninowskim słowem. Powieściopisarz poświęca nieco miejsca adwokackiej karierze Lenina. Wydalony z uczelni Włodzimierz, prawnikiem został eksternistycznie. Swych klientów reprezentował kilkanaście razy ośmieszając się niemal za każdym razem. W powieści znalazła się anegdota, jak to bronił oskarżonego o kradzież.

"Ulianow odwiedził swego klienta w więzieniu. Mały, o złych, biegających oczach człowiek, ujrzawszy adwokata, zaczął przysięgać na wszystkie świętości, że nie dotknął niczego i że kupiec oskarżył go o kradzież przez szczególną do niego nienawiść.
– Kiedyś na wiecu, panie adwokacie, powiedziałem, że on łupi nas ze skóry i pije krew.
Zemścił się na mnie teraz... – twierdził robotnik.
Tego było dość dla młodego obrońcy.
Wystąpił na sądzie i dowodził, że kradzież w pewnych okolicznościach nie może być karaną, bo robotnik mógł był potajemnie zabrać jakąś drogą część maszyny i spieniężyć ją, gdyby posiadał instynkty zbrodnicze, z punktu widzenia utartego prawa. Nie uczynił tego, dowodząc uznawanej przez ogół moralności; dopiero teraz, z powodu wrogich dla niego uczuć handlarza, został postawiony pod pręgierzem ciężkiego oskarżenia.
Stary, poważny prokurator, uśmiechnął się pobłażliwie, wskazywał na nieodparte poszlaki i dowody, świadczące przeciwko podsądnemu. Uljanow odpierał to swemi argumentami. Prokurator z kolei zbijał twierdzenia obrońcy.
Sprawa, drobna i zwykła, zaciągnęła się do wieczora. Wreszcie oskarżyciel i obrońca wyczerpali swoje dowodzenia i umilkli.
Prezes sądu, zniecierpliwiony długą procedurą, surowym głosem rzekł, zwracając się do oskarżonego.
– Podsądny! Do was należy ostatnie słowo!
Znudzony, głodny i ziewający robotnik wstał leniwie i mruknął:
– Nie wiadomo, po co było tyle gadaniny! Ukradłem, bo ukradłem, lecz cóż w tem nadzwyczajnego?...
Nie ja – pierwszy, nie ja – ostatni...
Włodzimierz Ulianow przegrał sprawę."

Doskonale rozumiem oskarżonego. Też wolałabym ponieść choćby i niezasłużoną karę, byle nie słuchać Lenina. Niestety, mimo iż wydaje się, że działalność wodza wielkiej socjalistycznej rewolucji spotkała się z powszechnym potępieniem, co i rusz w dyskursie społecznym pojawiają się propagowane przezeń idee poparte leninowskimi argumentami.

wtorek, 20 września 2016

Ostatnim swym wierszem Torquato Tasso sławił Polaków

W 1594 roku Stanisław Reszka sekretarz Zygmunta III Wazy, poseł Rzeczpospolitej, protonotariusz apostolski, kanonik warmiński przebywał w Królestwie Neapolu w celach oficjalnie dyplomatycznych, a poniekąd także zdrowotnych, w nadziei zniwelowania w sprzyjającym południowym klimacie objawów podagry, na którą skarżył się był od pewnego czasu i którą uważał za karę boską z powodu grzechów nazbyt bujnej młodości.
Polski dyplomata nazywał Neapol miastem bogów. Rozkoszował się widokiem z okna swej willi na zatokę, czytywał w ogrodzie na fotelu ocienionym tutejszą roślinnością, albo spacerował urokliwymi uliczkami miasta napawając się jego bogactwem, kolorytem i radością. "Gdybym był Apellesem, wziąłbym paletę i farbami wyraził cuda, na które patrzę. Neapol to ogród rajski, kobierzec medyjski, to rozkosz, uwielbienie i czar" - pisał w liście do przyjaciela.

Mapa Neapolu XVI w. (?)
Kliknij, aby powiększyć

Z powodów rekreacyjnych do Neapolu zawitał też na kilka miesięcy wielbiony przez miłośników rycerskich eposów, a niezmiernie irytujący dla niektórych deklaratywnie nazbyt zasadniczych ludzi renesansowej nauki, Torquato Tasso, autor kontrowersyjnego po dziś dzień "Goffreda, albo Jeruzalem Wyzwolonej". Tasso miał nadzieję rozjaśnić promieniami południowego słońca mroczne zakątki swej udręczonej poetyckiej duszy i ukoić łagodnym szumem morza skołatane nerwy.

Poeta uznał towarzystwo eleganckiego, skromnego (mimo erudycji olśniewającej słuchaczy) i nadzwyczajnie obytego w sprawach światowych Polaka za interesujące, Reszko zaś z przyjemnością i chrześcijańską cierpliwością niezwykle uprzejmie dotrzymywał  towarzystwa wybitnemu Włochowi, co pozwalało mu zapomnieć o rwącym bólu w stawach. Razem spędzili długie godziny na rozmowach tyleż pożytecznych, co serdecznych i moczeniu tak zbolałych jak i zdrowszych części ciała w miejscowych termach.

sobota, 11 czerwca 2016

Polowanie z najjaśniejszym panem

Z początkiem października 1886 roku Wojciech Kossak otrzymał od księcia Thurn-Taxis, koniuszego dworu cesarza Franciszka Józefa zaproszenie na polowanie na lisa do węgierskiego Godollo leżącego 30 km od Budapesztu. Wiedząc, że takie polowania są wydarzeniami, w których udział bierze wyłącznie kwiat węgierskiej i autriackiej arystokracji, artysta poczuł się wyróżniony, zobowiązany i wreszcie szczęśliwy.

Konno jeździł od dziecka, polował z chartami z radością (o zgrozo!) i w doskonałym towarzystwie nie tylko polskich magnatów, ale także np. samego cesarza Wilhelma i w niezwykle modnej od pewnego czasu Anglii. Wszystkie dotychczasowe doświadczenia miały jednak zostać przyćmione polowaniem z Bożej Łaski cesarzem Austrii, apostolskim królem Węgier, królem Czech, Dalmacji, Chorwacji, Slawonii, Galicji, Lodomerii i Ilyrii, królem Jerozolimy etc, etc…,
arcyksięciem Austrii, wielkim księciem Toskanii i Krakowa, księciem Lotaryngii, Salzburga, Styrii, Karyntii, Krainy i Bukowiny,wielkim księciem Siedmiogrodu, margrabią Moraw, księciem Górnego i Dolnego Śląska, Modeny, Parmy, Piacenzy, Guastalli, Oświęcimia i Zatora, Cieszyna, Frulii, Raguzy i Zadaru, uksiążęconym hrabią Habsburga i Tyrolu, Kyburga, Gorycji i Gradiszki, księciem Trydentu i Brixen, margrabią Łużyc Dolnych i Górnych oraz Istrii, hrabię Hohenembs, Feldkirch, Bregenz, Sonnenbergu, panem Triestu, Cattaro i Marchii Słoweńskiej, wielkim wojewodą województwa Serbii, etc, etc, …
czyli mówiąc krótko z najjaśniejszym panem Franciszkiem Józefem.

Przygotowanie polowania olśniło naszego artystę. Wszystko znajdował niezwykle eleganckim i przemyślanym, "doskonale wykończonym w najmniejszych szczegółach". Krótko przed godziną dziesiątą, kiedy poranne mgły nieco opadły, węgierscy panowie zaczęli przybywać na miejsce zbiórki ze swych budapesztańskich pałaców powozami bądź automobilami. Na miejscu oczekiwała ich już służba i konie niemal wszystkie irlandzkie " piękne siłą i harmonią całej struktury". Wszyscy jeźdźcy byli ubrani w czerwone surduty, czarne cylindry, białe bryczesy i buty ze sztylpami.  Zaproszeni goście, a wśród nich Kossak nosili surduty ciemnozielone lub brunatne. Na pobliskim wzgórzu, pod okiem trzech Anglików na rozpoczęcie polowania niecierpliwie oczekiwały też psy, a jakże, oczywiście angielskie. Kilkadziesiąt zwierzaków "jeden jak drugi, żółte łby, z pięknemi czarnemi oczyma, jedna albo dwie duże czarne plamy na grzbiecie, zresztą wszystko białe."

Kilka minut przed godziną 10 na miejsce w jednym z trzech powozów zaprzężonym w cztery siwe, zachwycające wdziękiem Laptizenery biegnące szalonym kłusem. przybył sam najjaśniejszy pan Franciszek Józef. Obecni zdjęci nabożnym szacunkiem zdjęli z głów cylindry, a wtedy "cesarz raźno wyskoczył z powozu, uprzejmie naokoło się odkłonił i, zrzuciwszy bobrową dachę, smukły i zgrabny, choć już zupełnie siwy, zapalił cygaro. W tejże chwili zjawiły si w rękach myśliwych papierośnice, dymki niebieskie zaczęły się ciągnąć, a gwar rozmowy i swoboda ruchów ustąpiła etykietalnej ciszy powitania."

Wojciech Kossak, Cesarz Franciszek Józef na koniu
podczas polowania w Godollo,
ilustracja do "Wspomnień"

środa, 25 maja 2016

Jak arystokratycznie wybrnąć z błędu

Są opowieści z tzw. sfer wyższych, które urzekają mnie absolutnie swym niewymuszonym wdziękiem i swoistym surrealizmem. Do takich należy historia pewnego błędu, który przydarzył się Stanisławowi Tarnowskiemu, polskiemu historykowi literatury, krytykowi literackiemu, publicyście politycznemu, przywódcy konserwatystów krakowskich, profesorowi i rektorowi  Uniwersytetu Jagiellońskiego, prezesowi Akademii Umiejętności w Krakowie, a ponad wszystkie te zaszczyty polskiemu hrabiemu i arystokracie.

Jan Matejko, Portret Stanisława Tarnowskiego

Otóż w monumentalnej monografii pt. "Matejko" hrabia Stanisław Tarnowski zdecydował się opowiedzieć historię namalowania obrazu "Zmartwychwstanie" mistrza Jana i pokrótce dzieło zanalizować.

środa, 31 grudnia 2014

O Newtonie, jabłku, wężu i księgach

John Vanderbank, Izaak Newton, 1725


Opowieść o jabłku, które spadło z drzewa i natchnęło Izaaka Newtona "w temacie" grawitacji, zawsze wydawała mi się żartem. Sądziłam, że było tak. Pewnego dnia albo wieczoru, podczas towarzyskiego spotkania jakieś ambitne dziewczę zatrzepotało rzęsami tak, że od tego ruchu powietrza zaróżowiły mu się policzki,  a Izaakowi podskoczyły pukle włosów w nobliwej peruce. Potem kokieteryjnie zapytało, czy to bardzo trudno zobaczyć taką grawitację. W odpowiedzi Newton opowiedział dowcipnie historyjkę, jak to siedział pod jabłonką, kiedy właśnie spadło z niej jabłko. Opowiadając wpatrywał się w dziewczę niebiesko-zielonymi oczyma tak uporczywie, że zachodziła obawa, przedwcześnie odkryje promienie rentgena, usg albo i coś jeszcze bardziej nowoczesnego. Wypowiedź z największą atencją i pełną powagą odnotował w swym pamiętniku, może w liście jakiś bardzo ważny angielski nudziarz i arystokrata i z tego powodu znają ją dzisiaj wszyscy uczniowie na świecie.

Rzeczywistość okazała się tylko nieco mniej bajkowa. 

niedziela, 3 listopada 2013

Upiorne dywagacje o miłości, czyli o tym jak Mickiewicz prawie się pojedynkował

Mickiewicza i o Mickiewiczu czytuję sobie do poduszki na ogół z przyjemnością, chociaż bywa także, że w euforii, z zachwytem, ciekawością, znudzeniem, pobłażaniem i szyderstwem. Dramat "Dziady cz. IV" zawiera jedną rewelacyjną scenę i setki genialnych, rytmicznych wersów o treści tak irytującej, że nie sposób tego wyrazić słowami (może jeden Mickiewicz by to potrafił). Wynurzenia nieszczęśliwego kochanka wydały mi się infantylne a sposób, w jaki rozmawiał z Księdzem, nieznośnie pretensjonalny. Przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy to aby nie żart poety, bynajmniej subtelna drwina z romantycznych cierpień.

Mimo że biografowie wieszcza twierdzili niegdyś, że w "Dziadach cz. IV" Mickiewicz uwiecznił wiele z własnych doświadczeń związanych z uczuciem do Maryli Wereszczakówny, od dawna wiadomo, że poeta angażował się w związki z kobietami nie tylko całą duszą, ale i całym ciałem, a z dochowaniem wierności miewał zupełnie nieromantyczne problemy. Historia związku z Marylą (z Karoliną Kowalską zwaną "Kowieńską Wenerą" w tle) jest potwierdzeniem tego spostrzeżenia.

To że Mickiewiczowi mimo wszystko udało się wtłoczyć własne przeżycia w wymagającą romantyczną konwencję, świadczy o wyjątkowych  autopromocyjnych umiejętnościach poety i o wyjątkowej przychylności biografów.


Ilustracja do "Cierpień młodego Wertera"

wtorek, 24 września 2013

Żart doskonały, czyli Sichulski karykaturuje Rydla

Kazimierz Sichulski, Lucjan Rydel i gęsi, 1904

Lucjan Rydel, pierwowzór Pana Młodego w "Weselu" Stanisława Wyspiańskiego, był postacią niezwykle barwną. Jeśli dziś jest pamiętany to przede wszystkim ze względu na swoje liczne i ujmujące słabości, o których rozpisywali się przyjaciele literata w listach i we wspomnieniach, a które celnie wypunktował i uwiecznił Wyspiański w swoim dramacie.

Kazimierz Sichulski, świetny karykaturzysta, zmieścił je na niewielkiej powierzchni.

piątek, 31 maja 2013

Dzieci - królewski priorytet

Jean August Dominique Ingres, Henryk IV przyjmuje ambasadora Hiszpanii, 1817

Jest rok 1604. Ambasador Królestwa Hiszpanii spieszy na spotkanie z Henrykiem IV, królem Nawarry i Francji, niedawnym pogromcą Hiszpanii. Ambasador ma sprawę niecierpiącą zwłoki, szybkim krokiem przemierza komnaty królewskiej rezydencji w podparyskim Fontainebleau.
Otwiera drzwi i jego oczom ukazuje się niezwykły widok. Pięćdziesięciojednoletni Henryk, jeden z najpotężniejszych monarchów ówczesnej Europy, klęczy i podpiera się rękami udając konia. Na plecach władcy siedzi kilkuletni malec i rezolutnie macha kapeluszem, zachęcając swojego rumaka do galopu. Widząc ambasadora, król Francji zatrzymuje się i pyta:
- Ambasadorze, czy ma pan dzieci?
- Tak panie, mam - odpowiada ambasador.
- W takim razie mogę spokojnie dokończyć wycieczkę po pokoju - mówi Henryk.

piątek, 4 stycznia 2013

"Dupa Tuwima" w kinie

Pierwszego stycznia, dwadzieścia minut po północy w łódzkim kinie Charlie uroczyście odsłonięto wyrzeźbione pośladki poety.



źródło: materiały prasowe kina Charlie

W ten sposób zainaugurowano Rok Juliana Tuwima.  Pomysłodawcą i realizatorem wydarzenia jest Biuro Interwencyjnej Edukacji i Dydaktyki Artystycznej (BIEDA).
Rzeźba nawiązuje to słynnego "wiersza, w którym autor grzecznie, ale stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali." Fragment utworu umieszczono na tablicy obok.
Lokalna prasa donosi, że łodzianie tłumnie odwiedzają kino i podziwiają pracę. Wielu chętnie ją dotyka i głaszcze, a nawet całuje, co ponoć ma przynieść szczęście na cały rok.

Wiersza, który był inspiracją dla twórców rzeźby, możesz posłuchać tutaj>> 

Aktualizacja: 21.03.2013 r. Dzisiaj rzeźbę przeniesiono z kinowego holu w podwórz przy ul. Piotrkowskiej 101, w Łodzi.

 

wtorek, 9 października 2012

Cytat wszech czasów

Kiedy byłam małą dziewczynką, podziwiałam ludzi, którzy pewnym głosem wypowiadali mądre sentencje i pouczali innych. Zastanawiałam się, kiedy wreszcie dowiem się tyle, że sama będę taka mądra. Lata mijały, przybywało mi doświadczeń, certyfikatów i przeczytanych książek na koncie, a wraz z nimi wątpliwości. Na ludzi, którzy pewnym głosem pouczali innych, patrzyłam ze zdziwieniem.  Skąd ta pewność? 
Od jakiegoś czasu, mądrości wypowiadane dobitnie, bez cienia myślenia, wprawiają mnie w przerażenie (nieśmiało przypuszczam, że z głupoty się biorą, ale pewności oczywiście nie mam).

Dla tych, co mają podobnie jak ja, anegdota z życia takiego jednego filozofa angielskiego.

Zapytano raz Bertranda Russela, czy gotów byłby umrzeć za swoje przekonania.
- Pomyślawszy chwilę, uczony odpowiedział: - Oczywiście, że nie! Mogę się w końcu mylić.

Jaki z tego wniosek? Zastanów się, zanim będziesz umierał za przekonania innych.