Spowita wiatrem i orzeźwiona deszczem, albo szczękająca z zimna zębami jak karabin maszynowy, jeśli ktoś woli realizm ponad rzewne sentymenty, usiadłam na wygodnej kanapie w stylu biedermeier delektując się gustownym eklektycznym wystrojem jednej ze śródmiejskich warszawskich restauracji, gdzie umówiłam się na kolację z mężem, własnym. Zamówiłam dwie lampki grzanego wina i wołowinę teriyaki, zaznaczając, by drugie wino i kolację podano, kiedy przyjdzie druga osoba.
I wtedy za plecami usłyszałam ożywioną rozmowę dwóch kobiet. Właściwie mówiła jedna, druga odpowiadała półsłówkami i udawała, że rozumie.
- On u nas pracuje od dawna. Jak ja przyszłam, on już był. Nie zwracałam na niego większej uwagi, bo rzadko mieliśmy kontakt. I wydawał mi się trochę taki nieprzystępny. Wszystko zmieniło się w tej delegacji. Zeszłam wieczorem do baru i on tam był. Zaczęliśmy rozmawiać i pomyślałam, że w sumie to inteligentny gość, dowcipny i w ogóle. Trochę potańczyliśmy i tak się zaczęło. Wiesz, nie robiłam sobie wielkich nadziei, ale dlaczego nie spróbować. Kilka dni później wysłał taki śmieszny SMS, odpisałam. Pół nocy esemesowaliśmy. Potem razem pojechaliśmy jeszcze do X i XX, w delegację. Wspaniale było, nigdy nie przypuszczałam, że facet może być taki troskliwy i opiekuńczy.
- Super! Gratuluję, bardzo się cieszę.
- Nie ma czego gratulować. Jego żona odczytała SMS.
- A to szuja!!! Nie powiedział ci, że jest żonaty.
- Nie... wiedziałam, że jest żonaty i nawet ma dzieci. Ale gdyby układało mu się w małżeństwie, przecież nie wdawałby się w romans. Nigdy nie jest tak, że jak w małżeństwie gra, facet szuka innej. Czy ja zawsze muszę myśleć o innych, a nie o sobie!
- I co teraz?
- Nic. Zadzwonił, powiedział, że żona przejrzała jego telefon i z nami koniec....W pracy wziął urlop. Wysłałam mu kilka dni temu na skrzynkę e-mail wiadomość, niby służbową, ale chciałam zobaczyć, co odpisze.
- I...
- Nie odpisał.
- Kaśka się spóźnia, zadzwonię do niej.
- Zapomniałam ci powiedzieć, nie przyjdzie. Rozwodzi się.
- Dlaczego, przecież ona ma takiego fajnego męża!
- Nakryła go na zdradzie. Nawet się nie wypierał. Co prawda powiedział, że zerwie z tamtą, ale Kaśka wystawiła mu walizki za drzwi.
- To może jeszcze się pogodzą. Czasami warto wybaczyć.
- Żartujesz. Kilka dni potem, jak przemyślała wszystko, pojechała do teściowej, bo myślała, że on u mamusi siedzi, a teściowa zdziwiona. Pogadały sobie chwilę i mamusia wezwała synka natychmiast na dywanik. Wiesz, gdzie mieszkał? U tej flądry! Powiedziałam Kaśce, że facet, który raz zdradził, będzie zdradzał i nie warto zaprzątać nim sobie głowy. Wahała się, ale w końcu wzięła adwokata. W strasznym jest stanie, ale mówi, że ....
I w tym dramatycznym momencie usłyszałam dobiegający z torebki głos Steviego Wondera "I just called to say I love you" obwieszczający SMS od męża: "Kochanie, sorry, mamy awarię na obiekcie, chłopaki sobie nie radzą, straty mogą pójść w miliony. Muszę jechać." Gdy druga połówka ratuje świat przed kataklizmem, obowiązkiem żony jest czekać. Poprosiłam więc o zapakowanie kolacji, rachunek, wezwałam taksówkę i wróciłam do domu. Tu moją uwagę zwróciła leżąca na biurku "Anatomia zdrady" Wojciecha Wyplera, przesłana mi kilka dni wcześniej przez wydawnictwo. Zaczęłam czytać.