poniedziałek, 28 listopada 2016

Wszystko jest prawdą

 "...tyle się namnożyło obłudników, że już czysta prawda za grubiaństwo uchodzi..."

Miałam napisać ten post kilka tygodni temu, w okolicach 1 listopada, ale w straszliwym niedoczasie jestem ostatnio. Ponieważ jednak Halloween zdaje się  trwać w naszym kraju od kilku lat nieprzerwanie, a z okienka telewizora tudzież z komputera, co i rusz jakaś koszmarna wdowa alboli  dobiegająca czterdziestki sierotka w niekończącej się żałobie i nieutulonym w sercu żalu za straconymi potencjalnie dochodami, domaga się, bynajmniej cukierka, a 500+ razy dziesięć i w tysiącach, pomyślałam, że właściwie trudno mówić o jakimś spóźnieniu i dezaktualizacji tematu. Tym bardziej, że apogeum upiorności, zdaje się, nadal przed nami.

Johann Fussli, Trzy koszmarne kobiety, XIX w.

Rozmyślając o nienasyconych wampirach zachłannie wysysających krwawicę z obserwatorów osłabionych ich bezczelną pazernością i innych strachach i straszydłach, sięgnęłam po "Nie-bajki" Henryka Rzewuskiego. Twórczość literata o zabagnionym życiorysie dotąd właściwie ignorowałam, mimo rekomendacji najwybitniejszych (że wspomnę tylko Mickiewicza i Sienkiewicza), ograniczając lekturę do "Pamiątek Soplicy" czytanych z musu i pobieżnie.

W "Nie-bajkach" zagustowałam bardzo i od samego początku odkrywszy śmiałą i nieskrywaną przez twórcę inspirację "Dekameronem" Boccaccia.

środa, 23 listopada 2016

Intrygujący dodatek, czyli o "American Gothic" Granta Wooda i jeszcze jednym obrazie

Poniższą broszkę amerykański artysta Grant Wood nabył był we Włoszech podczas swoich edukacyjnych podróży. Po powrocie drobiazgiem obdarował matkę i uwiecznił na portrecie rodzicielki.

Kamea z obrazów Granta Wooda
Grant Wood, Portret kobiety z rośliną, 1929





















Wizerunek starszej pani w czarnej, skromnej sukni i szaroburym fartuchu, z doniczkową sansewierią w dłoniach na tle bezchmurnego nieba oraz amerykańskich pól i ogrodów nie wzbudził większych emocji u odbiorców. Niektórzy uznali go za ładny, a nawet interesujący. Dociekliwi patrząc na inspirowaną antykiem kameę dopatrywali się w niej i w portrecie starszej pani zarazem, unowocześnionego wizerunku Demeter, starożytnej bogini urodzaju, płodności ziemi i rolnictwa, dając tym samym wyraz pewnej elokwencji. Cynicy zwracali uwagę, że niewymagająca starań sansewieria wyrośnie w doniczce każdemu, kto ją zasadzi i doprawdy nie trzeba być boginią, by pochwalić się wyhodowaną przez siebie okazałą rośliną, a broszka świadczy jedynie o niewyszukanych upodobaniach estetycznych portretowanej. Mówiąc krótką Grant Wood dyskretnie zażartował, pośmiejmy się więc.

Zgoła inaczej błyskotkę potraktowano na namalowanym rok później obrazie "American Gothic".
 

czwartek, 10 listopada 2016

Gniew białej wiejskiej Ameryki ...

Poniższy obraz uważany jest za ikonę i symbol Stanów Zjednoczonych.

Grant Wood, American Gothic, 1930


Strasznie jestem zarobiona ostatnio, nie mogę sobie jednak odmówić komentarza do komentarzy po wyborach w USA. Histeria lewicujących elit bawi mnie bowiem niezmiernie, choć obawy uważam za częściowo słuszne i bynajmniej przesadzone. Urzekła mnie zwłaszcza wypowiedź komentatora New York Timesa, Paula Krugmana, który napisał: "Przerażająca noc. Gniew wśród białej, wiejskiej Ameryki jest większy niż myślałem".

Dzień po tym, jak Republikanie rozgromili Demokratów w wyborach, na ulice kilkunastu amerykańskich miast wyszły pokrzyczeć sobie drobne grupy przerażonych demonstrantów. Wygląda na to, że biali starsi niezbyt dobrze wykształceni, a mimo to bogatsi (bo pracowici) amerykańscy "wieśniacy" nieźle pogonili kota wykształconym wielkomiejskim gołodupcom (kocham polszczyznę!).
Poczytałam sobie opinie Mike'a Pence'a, przyszłego wiceprezydenta, na różne ważkie społecznie tematy. Promotorom dzieciobójstwa i innych zboczeń nieśmiało sugeruję, by jednak w imię własnego komfortu a może i bezpieczeństwa założyli pasy, co to je niedawno zdjęli, bo szykuje się ostra jazda na amerykańskiej autostradzie do wielkości (czytaj: normalności).

środa, 26 października 2016

Moje siostry krowy

W ostatnich dniach w Warszawie padało prawie bez przerwy.
Zaangażowane społeczne panie postanowiły więc "nie składać parasolek" (gdyż te "mają moc") i po raz kolejny pokazać, że "nie są głupimi krowami". Odziane w wyszczuplającą czerń, w godzinach tzw. szczytu, domagały się w poniedziałek na ulicach miasta "pełni praw reprodukcyjnych".  Te "prawa reprodukcyjne" wstrząsnęły mną nie mniej niż te "głupie krowy". Wyrażenie mocno bowiem trąci zootechniką i, mówiąc szczerze, bardziej pasuje do bydła niż do ludzi.

W wydanym przez PWN "Słowniku języka polskiego", znalazłam pięć  znaczeń słowa "reprodukcja", w tym jedno potwierdzające intuicję dotyczącą odniesienia do hodowli zwierząt.
1. <<Kopia oryginału (obrazu, dokumentu itp.) wykonana w dowolnej skali metodą fotograficzną lub drukarską>>: Czarno-biała, kolorowa reprodukcja. Reprodukcja obrazu, szkicu. Album z reprodukcjami dzieł sztuki. Zbiór reprodukcji. Wykonać, sporządzać reprodukcję.
2. <<wykonywanie takiej kopii; odtwarzanie, odtworzenie, powtórzenie czegoś, reprodukowanie>>: Reprodukcja dokumentów.
3. <<rozmnażanie zwierząt i roślin dla celów użytkowych>>: Reprodukcja hodowlana. Reprodukcja stada. Reprodukcja zbóż.
4. ekon. <<nieustanne odtwarzanie wszystkich czynników biorących udział w procesie produkcji, w celu jej stałego kontynuowania>>
5. psych. <<odtwarzanie czegoś w pamięci jako składnik przypomnienia>>


Przymiotnik "reprodukcyjny" wyjaśniono następująco:
" przym. od reprodukcja (zwykle w zn. 2 i 3)
a) w zn. 2: Muzyczny mechanizm reprodukcyjny. Technika metoda reprodukcyjna dzieł sztuki.
b) w zn. 3: Hodowla reprodukcyjna. Gospodarstwo reprodukcyjne."

   
Zajrzałam także na internetową stronę PWN, a tu niespodzianka. Obok wspomnianych wyżej pięciu znaczeń, autorzy za stosowne uznali dodać odrębne hasło "reprodukcja ludności". 



Zaprawdę redaktorzy witryny wykazali się godną pochwały rewolucyjną czujnością. Odpowiednie organizacje hodowców powinny docenić tę gorliwość i przypiąć stosowne ordery do piersi.

piątek, 14 października 2016

Anatomia zdrady, czyli oczy szeroko zamknięte

Spowita wiatrem i orzeźwiona deszczem, albo szczękająca z zimna zębami jak karabin maszynowy, jeśli ktoś woli realizm ponad rzewne sentymenty, usiadłam na wygodnej kanapie w stylu biedermeier delektując się gustownym eklektycznym wystrojem jednej ze śródmiejskich warszawskich restauracji, gdzie umówiłam się na kolację z mężem, własnym. Zamówiłam dwie lampki grzanego wina i wołowinę teriyaki, zaznaczając, by drugie wino i kolację podano, kiedy przyjdzie druga osoba.
I wtedy za plecami usłyszałam ożywioną rozmowę dwóch kobiet. Właściwie mówiła jedna, druga odpowiadała półsłówkami i udawała, że rozumie.

- On u nas pracuje od dawna. Jak ja przyszłam, on już był. Nie zwracałam na niego większej uwagi, bo rzadko mieliśmy kontakt. I wydawał mi się trochę taki nieprzystępny. Wszystko zmieniło się w tej delegacji. Zeszłam wieczorem do baru i on tam był. Zaczęliśmy rozmawiać i pomyślałam, że w sumie to inteligentny gość, dowcipny i w ogóle. Trochę potańczyliśmy  i tak się zaczęło. Wiesz, nie robiłam sobie wielkich nadziei, ale dlaczego nie spróbować. Kilka dni później wysłał taki śmieszny SMS, odpisałam. Pół nocy esemesowaliśmy. Potem razem pojechaliśmy jeszcze do X i XX, w delegację. Wspaniale było, nigdy nie przypuszczałam, że facet może być taki troskliwy i opiekuńczy. 
- Super! Gratuluję, bardzo się cieszę.
- Nie ma czego gratulować. Jego żona odczytała SMS.
- A to szuja!!! Nie powiedział ci, że jest żonaty.
- Nie... wiedziałam, że jest żonaty i nawet ma dzieci. Ale gdyby układało mu się w małżeństwie, przecież nie wdawałby się w romans. Nigdy nie jest tak, że jak w małżeństwie gra, facet szuka innej. Czy ja zawsze muszę myśleć o innych, a nie o sobie!
- I co teraz?
- Nic. Zadzwonił, powiedział, że żona przejrzała jego telefon i z nami koniec....W pracy wziął urlop. Wysłałam mu kilka dni temu na skrzynkę e-mail wiadomość, niby służbową, ale chciałam zobaczyć, co odpisze.
- I...
- Nie odpisał.

- Kaśka się spóźnia, zadzwonię do niej.
- Zapomniałam ci powiedzieć, nie przyjdzie. Rozwodzi się.
- Dlaczego, przecież ona ma takiego fajnego męża!
- Nakryła go na zdradzie. Nawet się nie wypierał. Co prawda powiedział, że zerwie z tamtą, ale Kaśka wystawiła mu walizki za drzwi.
- To może jeszcze się pogodzą. Czasami warto wybaczyć.
- Żartujesz. Kilka dni potem, jak przemyślała wszystko, pojechała do teściowej, bo myślała, że on u mamusi siedzi, a teściowa zdziwiona. Pogadały sobie chwilę i mamusia wezwała synka natychmiast na dywanik. Wiesz, gdzie mieszkał? U tej flądry! Powiedziałam Kaśce, że facet, który raz zdradził, będzie zdradzał i nie warto zaprzątać nim sobie głowy. Wahała się, ale w końcu wzięła adwokata. W strasznym jest stanie, ale mówi, że ....

I w tym dramatycznym momencie usłyszałam dobiegający z torebki głos Steviego Wondera "I just called to say I love you" obwieszczający SMS od męża: "Kochanie, sorry, mamy awarię na obiekcie, chłopaki sobie nie radzą, straty mogą pójść w miliony. Muszę jechać."  Gdy druga połówka ratuje świat przed kataklizmem, obowiązkiem żony jest czekać. Poprosiłam więc o zapakowanie kolacji, rachunek, wezwałam  taksówkę i wróciłam do domu. Tu moją uwagę zwróciła leżąca na biurku "Anatomia zdrady" Wojciecha Wyplera, przesłana mi kilka dni wcześniej przez wydawnictwo. Zaczęłam czytać.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...