piątek, 22 grudnia 2017

Przybieżeli na obrazie Dolabelli

W Krakowie bywam sporadycznie, co kilka lat. Za każdym razem, jak tam jestem, strasznie się denerwuję. Irytuję mnie, że w restauracjach na Starówce, gdzie sądząc po wystroju wnętrz i cenach w menu, można by oczekiwać czegoś pysznego, serwowane są potrawy, które dadzą się ledwo zjeść. Mnie w każdym razie takie podano.

Złości mnie, że to miasto sypie się. Dosłownie. Tyle strzępienia języka o szacunku dla historii, dziedzictwie narodowym i jego ochronie, etc., a tynk leci z zabytkowych ścian w Krakowie tak samo, jak leciał wcześniej, a nawet bardziej intensywnie. Najważniejsi w kraju oficjele i realnie dzierżący władzę pielgrzymujący do Krakowa co miesiąc, albo tego nie widzą, albo co bardziej prawdopodobne, zupełnie im ta ruina nie przeszkadza. Gdyby wszak przeszkadzała, zamiast wydawać wydarte polskim podatnikom pieniądze na projekty upamiętniające jakieś egzotyczne mniejszości, przeznaczyliby środki na ratowanie polskich zabytków.

W prawdziwy szał wpadam na Wawelu. Siedziba polskich królów robi przygnębiające wrażenie. Stare, złupione, opuszczone zamczysko. Syn, kiedyś po wizycie na zamku, obejrzawszy puste, niedoświetlone komnaty,  nie mógł uwierzyć, że "polscy królowie żyli w takiej biedzie."  Zaciągnęłam wtedy rodzinę na wzgórze w konkretnym celu, przy okazji weekendowego wypadu w góry. Mimo że nie umiem robić zdjęć, chciałam pstryknąć fotę ""Bitwy pod Lepanto" Tomasza Dolabelli. Dzieło prezentowane jest w jednej z zamkowych komnat. Wyobraźcie sobie, że w Internecie nie ma zdjęcia tego obrazu w całości. W swej wielkiej naiwności myślałam, że po prostu nikt nie wpadł na to, że płótno może być bardziej interesujące niż się powszechnie sądzi i warto przyjrzeć się detalom. Na miejscu okazało się, że obraz owszem wisi, ale w komnacie jest tak mroczno, że nie sposób zrobić mu dyskretnie zdjęcia. Poza tym wiekowy werniks tak ściemniał, że jest niemal nieczytelny. Nie ma mowy też o tym, by przyjrzeć się "Bitwie" z bliska. Dostępu doń broni bowiem ustawiona na więcej niż półtora metra bariera. Na takie płoty w pustych muzeach i obiektach historycznych natknąć się można chyba tylko w Polsce.

Dlaczego o tym teraz piszę? Metodą luźnych skojarzeń. Otóż poszukując intrygującego obrazu o tematyce bożonarodzeniowej, trafiłam na "Pokłon pasterzy" Tomasza  Dolabelli. Obraz umieszczony w głównej części ołtarza w Kościele Bożego Ciała w Krakowie i jest absolutnie niezwykły.

Tomasz Dolabella, Pokłon pasterzy
źródło: bozecialo.net
W górnej, niebiańskiej części dzieła artysta umieścił sędziwego Boga Ojca wspartego na niebieskiej planecie, z zainteresowaniem spoglądającego na ziemski padół. Boga otaczają poruszone cherubiny o słodkich twarzach i roztrzepotanych skrzydełkach. Niżej zebrały się anioły w dwóch grupach. Jedne żywo deliberują nad Księgą, inne myzykują i wyśpiewują pod niebiosy.
Gdzieś między niebem a ziemią, w chmurze światła pod postacią gołębicy odbiorca widzi Ducha Świętego.

Niespodzianki potwierdzające, że Tommaso Dolabella fascynującym artystą był, czekają na odbiorcę niżej. Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z typową sceną bożonarodzeniową. Oto śliczna i przejęta Maryja w licznym towarzystwie pochyla się z czułością nad ułożonym na sianku Dzieciątkiem. Spójrzmy jednak na szczegóły i przyjrzyjmy się otoczeniu oraz temu towarzystwu.

Uboga ewangeliczna stajenka okazuje się być imponującym gmachem, ozdobionym marmurowymi kolumnami, schodami i spektakularnymi oknami. Budynek nadal wygląda imponująco, szczególnie na tle widzianych na zewnątrz drewnianych konstrukcji, choć czas, jak widać, nie był dlań łaskawy, a pałac czy też może bardziej świątynia sprawia wrażenie zaniedbanej i, do niedawna, opuszczonej. Popękane mury, wdzierająca się z zewnątrz zieleń byłyby przygnębiające, gdyby nie gwar w środku.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Szydełkiem w obronie pana AM

Czytam broszurę Michała Borejki-Chodźki (z tych Chodźków; poety, publicysty, bojownika o wolność głównie "waszą") pt. "Adam Mickiewicz i legion polski we Włoszech; czterdziestego ósmego lata wspomnienie." Chodźko był zagorzałym wyznawcą Andrzeja Towiańskiego, wielbicielem wieszcza i w roku 1848 jednym z trzynastu (a może dwunastu, jak twierdzą inne źródła) założycieli słynnego legionu (liczącego chwilami, w przypływach kasy, nawet dwustu żołnierzy). Oddział zasłużył się szczególnie broniąc Rzymu przed papieżem Piusem IX. We wspomnianym wyżej tekście, Chodźko zamieścił laudację na cześć Adama Mickiewicza, rozprawiając się przy okazji z Aleksandrem Jełowickim (pisarzem, poetą, wydawcą, uczestnikiem powstania listopadowego, zakonnikiem) sceptycznym wobec boskiego posłannictwa autora "Dziadów". Urzekły mnie i rozczuliły użyte przez rozemocjowanego Chodźkę sformułowania i frazy, dlatego pozwalam sobie zacytować fragment tego tekstu na blogu. Rzadko się zdarza czytać wypowiedź zawierającą tyle wysmakowanych inwektyw świadczących o kreatywności i wysokiej kulturze autora. Sądzę, że tekst mógłby stanowić inspirację dla sfrustrowanej armii publicystów i komentatorów stręczącej nam "uzdrowicieli gospodarki", "ewangelistów rynku", "orędowników dobrej zmiany", którymi nie tylko ostatnio nad miarę obrodziła nasza biedna ojczyzna. Lekko uwspółcześniłam ortografię, pogrubienia i tekst w nawiasie są moje.

Adam Mickiewicz, ok. roku 1840