Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lipca 2021

Uczeń czarnoksiężnika

Ballada "Uczeń czarnoksiężnika" J. W Goethego niezmiernie popularna na Zachodzie, w Polsce nie zdobyła popularności na jaką zasługuje i funkcjonuje gdzieś na obrzeżach kultury, nie inspiruje twórców, nie budzi językowych skojarzeń, nie popycha do znajdowania analogii, nie rozpala dyskusji. Ta życzliwa ignorancja wiele mówi o tutejszych zainteresowaniach, choć trudno określić, co dokładnie. Nie wiadomo, czy jest wyrazem wrodzonej ostrożności wobec tego, co zakazane, czy raczej rezygnacji z przekraczania poznawczych barier, a może zadufanej głupoty i niechęci do wzięcia odpowiedzialności za swe czyny.
Przez chwilę sądziłam, że ten brak zainteresowania wynika z nie najlepszego przekładu ballady. Po przeczytaniu trzech wersji tłumaczenia dokonanych w przeciągu dwustu lat, doszłam jednak do wniosku, że nie talenty tłumaczy stanęły na przeszkodzie, a rezerwa czytelników.
Poniżej tłumaczenie (chyba pierwsze) Kazimierza Brodzińskiego, które wydobyłam z czeluści Internetu.

wtorek, 28 stycznia 2020

Jak odróżnić artystę od błazna

Co jakiś czas w uznanych przybytkach kultury organizowane są wystawy bez eksponatów. Rozentuzjazmowana publiczność, za kwotę kilkunastu euro, może przechadzać się wówczas, poglądając na bezwstydnie nagie ściany. Sama nigdy nie uczestniczyłam w takiej estetycznej orgii pierwotnych doznań wizualnych, ale czytając impresje tych, którym dane było doświadczyć fundamentalnego minimalizmu w sztuce, odczuwałam coś na kształt zazdrości. Cudownie musi być tak wysublimować oczekiwania, by zachwycić się niczym.

Kilkanaście lat temu paryskie Centrum Pompidou, w 50 rocznicę zorganizowania pierwszej wystawy bez eksponatów, przygotowało reprospektywę takich wydarzeń prezentując dokonania (😂) 9 artystów minimalistów, począwszy od Ivesa Kleina, który miał jako pierwszy wpaść na genialny pomysł pokazania niczego w Galerie Iris Clert w Paryżu w 1958 r., poprzez Roberta Barrry'ego, Stanleya Brouwna, Marii Eichborn, Bethan Huws, Roberta Irwina, Romana Ondaka i Laurie Persons eksponujących się wcześniej w najmodniejszych światowych  przybytkach sztuki. Przedsięwzięcie było karkołomne, trudno bowiem odtworzyć nic pokazywane pierwotnie w unikalnej przestrzeni. Na potrzeby wystawy przeznaczono pięć sal na cztwartym piętrze Centrum Pompidou. Pomieszczenia były puste, ściany białe, podłogi nagie, oświetlenie standardowe dla czasowych ekspozycji. Porządku pilnowali strażnicy jak to zwykle w muzeach. Przedsięwzięcie udokumentowane zostało na pięciuset stronach specjalnego katalogu wystawy "Voids, a Retrospective" dostępnego za jedyne 39 euro.

poniedziałek, 7 października 2019

Spoza gór i rzek, czyli Ważyk

Znudzona jesienną aurą, bylejakością repertuaru kinowo-teatralno-koncertowego i patriotyczno-martyrologicznego, namówiłam miłość mojego życia do odwiedzenia Muzeum Narodowego i obejrzenia dzieł wydobytych z przepastnych magazynów tegoż przybytku kultury.  Zależało mi, by zabijając czas, poemocjonować się trochę, zachwycić się, zadziwić, popaść w zadumę, irytację, alboli uśmiechnąć się tylko, choćby złośliwie. Idziemy więc we dwoje przez kolejne sale podziwiając góry, rzeki i inne cudowności pięknie (albo i nie) odmalowane, a tu nagle na wprost Adam Ważyk "brzydki twarzyk".

L. Bielska-Tworkowska,
Portret A. Ważyka, 1932
No i ścisnęło mi serce. Któż dzisiaj czyta Ważyka. Twórca należy do wcale licznego grona wielce utalentowanych literatów, którzy napisali więcej niż o jeden wiersz za dużo i zgrzeszyli bezmierną zachłannością socjalistycznych zaszczytów i proletariackich splendorów. Wreszcie w jednym jedynym odruchu przyzwoitości popełnił genialny "Poemat dla dorosłych", dając dowód pełnej politowania pogardy dla pracujących mas.

czwartek, 5 września 2019

Serotonina, czyli śmierć ze smutku

Przeczytałam jednym tchem. Nowy Houellebecq jest bezlitosny, brutalny i do bólu prawdziwy.

Obowiązkowa lektura dla wszystkich ludzi sukcesu po 40tce wpadających w popłoch, gdy zauważą, że zapas antydepresantów się kończy, a psychiatra akurat wyjechał na wakacje😂. Dla młodszych ku przestrodze. Nie zachłyśnijcie się wolnością bez żadnych granic, seksem bez miłości i zawodowymi możliwościami w pracy bez sensu.

wtorek, 21 maja 2019

W kwestii ostatecznej

Podążając tropem Mickiewicza, postanowiłam nabyć drogą kupna biografię jego sekretarza i przyjaciela Armanda Levy'ego, czyli książkę "Sekretarz Adama Mickiewicza" Jerzego W. Borejszy. Skłamałabym pisząc, że kierowała mną sympatia do towarzysza ostatnich lat i chwil poety. Ciekawa byłam raczej, co też skłoniło dosyć zamożnego, niespokojnego intelektualnie, bardzo racjonalnego młodzieńca do asystowania Mickiewiczowi w jego, z wiekiem, coraz bardziej kuriozalnych działaniach.

Książka napisana jest ze swadą, wypełniona wieloma dygresjami i ciekawostkami dotyczącymi burzliwych dziejów Francji w połowie XIX wieku i uwikłania Mickiewicza i jego sekretarza w ówczesne wypadki. Kolejne strony wywołują zdumienie, ciarki na plecach i mrożą krew w żyłach. Okazuje się bowiem np., że Armand Levy czuwał nie tylko przy łożu umierającego Mickiewicza, ale kilka lat wcześniej towarzyszył w ostatnich chwilch Hugesowi-Felicite'owi-Robertowi de Lamennaisowi, jednemu z bardziej kontrowersyjnych "proroków" XIX wieku, który swe najsławniejsze dzieło "Wieszcze słowa" wzorował na mickiewiczowskich "Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego".
Levy w liście do Julesa Micheleta, francuskiego historyka, profesora College de France, kolegi Mickiewicza, tak relacjonował ostatnie chwile Lamennaisa:

sobota, 23 lutego 2019

Czy Adam M. zawiódł Marylę W.

Angelica Kauffmann, Pani de Krudener
z synem, 1786
Portret obok przedstawia jedną z najinteligentniejszych, najbardziej czarujących, najlepiej wykształconych i bardzo, bardzo wpływowych kobiet przełomu XVIII i XIX w., baronową Barbarę Julianę de Krudener. Namalowany został przez Angelikę Kauffmann ciesząca się niebywałą popularnością i sympatią wśród europejskich arystokratek, podczas pobytu Barbary w Rzymie. Dama udała się do słonecznej Italii wraz z mężem baronem Bernhardtem de Krudener, który był rosyjskim dyplomatą i właśnie ambasadorował w Wenecji.

Barbara uwielbiała swojego starszego o 16 lat męża z umiarkowaną wzajemnością z jego strony. Religijność i wysokie morale nie pozwalały jej jednak szukać pocieszenia w ramionach innego mężczyzny, mimo że z takowym mieszkała w Wenecji pod jednym dachem. Młody sekretarz pana de Krudener, Aleksander Stachiew, kochał żonę swego pracodawcy, opiekuna i przyjaciela szczerym i nieodwzajemnionym  uczuciem. Opierając się rodzącej się występnej namiętności, zdecydował jednak opuścić przyjaciół, przedkładając cnotę ponad egoistyczne szczęście.

Kilka lat później baronowa przejawiająca literackie ambicje, czerpała pełnymi garściami  z doświadczeń miłosnych nieszczęśliwego sekretarza, pisząc powieść epistolarną "Waleria, czyli listy Gustawa de Linar do Ernesta de G...". Utwór zdobył olbrzymią popularność, choć zdania na jego temat były podzielone. Taki Napoleon Bonaparte, któremu dumna pani de Krudener przesłała swe dzieło, uważał tę prozę "za połączenie patosu, paplaniny i dziwactwa". J. Goethe zaś czuł się urażony, kiedy porównywano ją do "Cierpień młodego Wertera". Warto wspomnieć, że pani de Krudener pisała swe dzieło niejako w opozycji do niemieckiego romansu, podejmując polemikę z jego występną i grzeszną wymową, a dokładając wszelkich starań, by opowiedziana historia była przykładem dla cnotliwych, nauką dla moralnych i wzorem dla ceniących piękno.

piątek, 4 stycznia 2019

Z ziemi włoskiej ...

Pojęcia nie mam, dlaczego w minionym roku miłościwie nam panujący zdecydowali się szczególnie promować postać i dzieła Stefana Żeromskiego, ale wiedziona ich entuzjazmem dla pisarza i "Przedwiośnia", zdecydowałam się siegnąć po "Popioły"😉. I zaprawdę powiadam Wam, że warto przeczytać książkę, mimo że jest śmiertelnie nudna.

Canaletto i Capriccio, Konie na placu św. Marka, 1743

Kiedy prezydent po raz kolejny 11.11 odśpiewał cztery zwrotki pieśni narodowej o marszu z ziemi włoskiej, o tym, że Bonaparte dał nam przykład, jak zwyciężać mamy i co odbierzemy szablą, by następnie patetycznym głosem nazywać Żeromskiego "sumieniem narodu" i przyznać mu pośmiertnie order, ja jednym okiem poglądałam nań ( na prezydenta) w telewizji, drugim zaś zagłębiałam się w lekturę. Oczyma księcia Gintułta widziałam, jak to dzielnie polskie Legiony pod dowództwem Henryka Dąbrowskiego radziły sobie w ziemi włoskiej, jak oddział prowadzony przez Józefa Sułkowskigo zdobywszy Wenecję, łupił miasto z zapałem. Powołując się na francuskie rozkazy, Polacy nie zawahali się ściągnąć z postumentów przed Bazyliką świętego Marka słynnych Rumaków Lizypa, by następnie wraz z innymi skarbami Wenecji przekazać je cesarzowi.

wtorek, 16 stycznia 2018

Straszny hrabia Ugolino, założyciel polskiej szkoły malarstwa Emil Boratyński i jego tajemnicza angielska żona, czyli znowu o Mickiewiczu

Emil Korczak Boratyński, Autoportret z zaprzęgiem, 1841

Gdzieś w przepastnych magazynach Muzeum Narodowego w Poznaniu znajduje się, ponoć, karton do obrazu "Pojmanie Ugolina w Pizie, 1288" Emila Boratyńskiego, niestety nie wiem, gdzie jest samo dzieło, ani czy w ogóle przetrwało do naszych czasów. Chętnie spojrzałabym na nie, albo chociaż na ten karton, bo obraz wydaje mi się interesujący z kilku powodów:
- ze względu na szokujący temat popularny w sztuce europejskiej XIX wieku, a przez polskich twórców dziwnie pomijany,
- ze względu na malarza, którego życiorys jest delikatnie mówiąc niezwykły, a towarzyskie koneksje zaskakujące,

- ze wyględu na miejsce i czas  (Florencja 1848) powstania dzieła oraz doniosłe wydarzenia historyczne, które równolegle się rozgrywały.
Idźmy po kolei.


poniedziałek, 11 grudnia 2017

Szydełkiem w obronie pana AM

Czytam broszurę Michała Borejki-Chodźki (z tych Chodźków; poety, publicysty, bojownika o wolność głównie "waszą") pt. "Adam Mickiewicz i legion polski we Włoszech; czterdziestego ósmego lata wspomnienie." Chodźko był zagorzałym wyznawcą Andrzeja Towiańskiego, wielbicielem wieszcza i w roku 1848 jednym z trzynastu (a może dwunastu, jak twierdzą inne źródła) założycieli słynnego legionu (liczącego chwilami, w przypływach kasy, nawet dwustu żołnierzy). Oddział zasłużył się szczególnie broniąc Rzymu przed papieżem Piusem IX. We wspomnianym wyżej tekście, Chodźko zamieścił laudację na cześć Adama Mickiewicza, rozprawiając się przy okazji z Aleksandrem Jełowickim (pisarzem, poetą, wydawcą, uczestnikiem powstania listopadowego, zakonnikiem) sceptycznym wobec boskiego posłannictwa autora "Dziadów". Urzekły mnie i rozczuliły użyte przez rozemocjowanego Chodźkę sformułowania i frazy, dlatego pozwalam sobie zacytować fragment tego tekstu na blogu. Rzadko się zdarza czytać wypowiedź zawierającą tyle wysmakowanych inwektyw świadczących o kreatywności i wysokiej kulturze autora. Sądzę, że tekst mógłby stanowić inspirację dla sfrustrowanej armii publicystów i komentatorów stręczącej nam "uzdrowicieli gospodarki", "ewangelistów rynku", "orędowników dobrej zmiany", którymi nie tylko ostatnio nad miarę obrodziła nasza biedna ojczyzna. Lekko uwspółcześniłam ortografię, pogrubienia i tekst w nawiasie są moje.

Adam Mickiewicz, ok. roku 1840

sobota, 25 listopada 2017

W wielkim mieście przed biurem leśnika, rota strzelców stanęła zielona....

Przed chwilą obejrzałam filmową relację z wiecu poparcia dla jednego z ministrów i łzy cisnęły mi się do oczu równocześnie z trzech powodów: ze wzruszenia, z zażenowania i ze śmiechu. Otóż, wyobraźcie sobie, że pewien mówca, zwracając się do swego szefa, zamiast swojsko brzmiącego, barejowskiego łubudubu, łubudubu, niech żyje nam itd., co byłoby obecnie bardzo na miejscu i nie wywoływało w obserwatorach większych emocji,  postanowił sięgnąć po tekst z tzw. wyższej literackiej półki, znacznie bardziej osobisty, intymny wręcz i trawestując najwybitniejszego polskiego przedstawiciela młodopolskiej poezji erotycznej, rzekł zachowując pełną powagę:

"Panie profesorze,
mów do nas jeszcze, mów do nas jeszcze!
Za taką mową tęskniliśmy lata.
Każde twoje słowo budzi w nas dreszcze.
Mów do nas jeszcze, mów do nas jeszcze...."


Całość tutaj >>


Niezmiennie wzrusza mnie takie nieporadne, naiwne odwoływanie się do popularnych tekstów poetyckich i próby publicznego, nieskrępowanego zasadami przyzwoitości, wykorzystania ich bez względu na kontekst sytuacyjny, a nawet wbrew kontekstowi. Od tej chwili słowa utworu Tetmajera brzmią stokroć bardziej przejmująco, perwersyjnie i dekadencko, a na dodatek zabawnie.

Józef Mehoffer, Cynie, 1911

Przy okazji pomyślałam sobie, że ku przestrodze wielbicielom erotyków młodopolskiego poety, przypomnę za Adamem Grzymałą-Siedleckim pewną anegdotę.

piątek, 3 listopada 2017

Kwity na Jana Kochanowskiego

Jan Kochanowski

Kilka dni temu prezydent Andrzej Duda świętując na Zamku Królewskim w Warszawie 500-lecie reformacji, powiedział m.in.:
"...Społeczność luterańska położyła również wielkie zasługi dla rozwoju nauki i kultury polskiej. Do najwybitniejszych postaci nie tylko wśród polskich ewangelików, lecz wśród Polaków w ogóle, zalicza się uczonych – ojca leksykografii polskiej Samuela Bogumiła Lindego oraz historyka sztuki i muzealnika prof. Stanisława Lorentza. Polskimi luteranami byli sławni wydawcy – Gebethner i Wolff, a także znakomici artyści, jak malarz Wojciech Gerson, czy ‒ wcześniej ‒ wielcy polscy literaci, poeci, jak Jan Kochanowski czy Mikołaj Rej, którzy przecież uważani są dzisiaj za twórców polszczyzny. Wreszcie ewangelicy walnie przyczynili się również do rozwoju ekonomicznego Polski. W historii gospodarki narodowej chlubnie zapisali się fabrykanci czekolady z rodziny Wedlów i znani browarnicy – Haberbusch i Schiele...."

Zrzut ze strony prezydent.pl, kliknij, aby powiększyć.

O ojcach leksykografii polskiej i Samuelu Bogumile Lindem, który niezbyt sprawnie władając polszczyzną, stworzył "Słownik języka polskiego", napiszę przy innej okazji, bo temat jest i fascynujący, i sensacyjny. Nie zamierzam też zajmować się religijnymi preferencjami Mikołaja Reja. Ten zmęczony zawiłościami i finezją "gęsiego języka" przedstawiciel  renesansu, będąc człowiekiem poczciwym, praktycznym a światopoglądowo niewybrednym, mógłby widnieć na sztandarach przedstawicieli kilku wyznań religijnych.

Myli się jednak nasz Książę Niezłomny 😚, zaliczając do grona luteranów Jana Kochanowskiego. W świetle znanych faktów i dokumentów, Jan z Czarnolasu był wiernym synem Kościoła Katolickiego. Badacze twórczości i biografowie poety od dziesięcioleci próbowali potwierdzić związki Kochanowskiego z luteranizmem. Im jednak bardziej ich szukali, tym mniej je znajdowali.

poniedziałek, 23 października 2017

O Kopciuszku tak samo, ale jakby inaczej

Podobno już w starożytnym Egipcie uwalone sadzą dziewczęta wzruszały się słuchając opowieści o Kopciuszku - ambitnej panience, która czarem osobistym (choć z ciotczynym wsparciem) zdobyła serce księcia i zamieniła wysłużony fartuch na suknię szytą złotą nicią, a uczciwą, ciężką pracę na splendor dworu. Po czym żyła długo i szczęśliwie, bynajmniej oskarżając księcia o nazbyt nachalne i niestosowne okazywanie zainteresowania, a może właśnie dzięki tej werbalnej wstrzemięźliwości.
Baśń o Kopciuszku znana jest w wielu wersjach. Sądzę, że najbardziej popularna wyszła spod pióra Charlesa Perraulta w zbiorze "Bajki babci Gąski" (cóż za fenomenalny tytuł, nomen omen), najbardziej krwawą wersję rozpropagowali bracia Grimm, najbardziej zaś poruszającą, moim zdaniem, spisał Sadok Barącz i opublikował w latach sześćdziesiątych XIX w. w książce "Bajki, fraszki, podania, przysłowia i pieśni Rusi". Przytaczam ją z myślą o tych ambitnych i wyzwolonych kobietach, które interesownie gustują i równie interesownie gusta zmieniają, odwiedzają chętnie i pasjami, ale bez publicznie deklarowanej po latach przyjemności.
Zwracam uwagę na uroczo feministyczną wersję przezwiska baśniowego dziewczęcia.
Lekko uwspółcześniłam ortografię tekstu.

Edgar Degas, Wnętrze, 1869

Śliczna panna, nie chcąc iść za mąż za tego, którego nie kochała, poprosiła ojca, żeby jej sprawił piękne suknie i wózek latający, że skoro to będzie miała, to pójdzie za tego, za którego ojciec rozkaże. Ale gdy to wszystko sprawił ojciec, ona wsiadła na wózek i z domu uciekła. Wszystkie swoje szaty i wózek w lesie ukryła, a sama przebrawszy się w kożuszek zakrywający oczy i twarz, poszła służyć do pewnego pana, który często bił ją szczotką i głowę polewał.

czwartek, 15 czerwca 2017

Jak Tadeusz Rejtan kamieniem rzucił w "gorszy sort"

Protestujący Tadeusz Rejtan na obrazie Jana Matejki

Tadeusz Rejtan zapewnił sobie patriotyczną legendę i trwałe miejsce na kartach historii efektownym zablokowaniem przejścia. Szlachcic rzucił się przed maszerujących zdrajców, rozerwał koszulę obnażając nagi tors i przejmującym głosem począł zaklinać ich na wszystkie świętości, by zawrócili z drogi hańby, albo będą zmuszeni przejść po jego trupie.
Mimo że od tych dramatycznych chwil upłynęło przeszło dwa stulecia, Rejtanowski protest stanowi niedościgniony wzór wszystkich protestów. Przy nim posadzenie czterech liter na drodze przemarszu przez współczesnych protestujących wygląda na totalną fuszerkę i symulanctwo. Nie dziwi więc, że obserwatorzy pozostają ogólnie niewzruszeni i znudzeni.

Wspominam Rejtana, bo przypominając sobie jakiś czas temu "Pamiątki Soplicy" Henryka Rzewuskiego, trafiłam na anegdotę, która wydała mi się bardzo na czasie.

poniedziałek, 22 maja 2017

Namiętności seniory Cervantes

Popiersie Cataliny de Salazar y Palacios
źródło: wikipedia.org
Catalina de Salazar y Palacios, późniejsza pani Cervantes, dwa razy w tygodniu wysłuchiwała czytanych jej przez matkę fragmentów fundamentalnego dzieła "Żona doskonała". Poradnik napisany przez wybitnego hiszpańskiego literata Luisa Ponse'a de Leona, augustianina o śmiałych poglądach, ocierających się niekiedy nawet o herezję, traktowany był przez aspirujące hiszpańskie szlachcianki z szacunkiem godnym świętych ksiąg, a nawet zupełnie bezkrytycznie.

Pani de Palacios uznała za stosowne przeczytać wielokrotnie swej córce dwa fragmenty dzieła. Pierwszy ostrzegał przed zbytnim strojeniem się i szminkowaniem, drugi zaś przed niebezpieczną lekturą ksiąg rycerskich. O ile w pierwszym przypadku śliczna jak marzenie Catalina dała się przekonać, o tyle w drugiej sprawie, mimo wysiłków matki, pozostała głucha na wezwania i napomnienia jej i świątobliwego mnicha.

Kiedy wreszcie zauroczona osobą i niezwykłymi bohaterskimi czynami Miguela de Cervantesa y Saavedry, bohatera bitwy pod Lepanto bez grosza przy duszy, zgodziła się zostać jego żoną, zdumiony autor niezbyt przychylnie przyjętej "Galatei", odkrył wstydliwą namiętność wybranki.
Catalina bez opamiętania oddawała się lekturze rycerskich romansów i żyła w ich wyimaginowanym świecie. Posiadała pokaźny zbiór takowych ksiąg, zbiór, który z każdym tygodniem rozrastał się coraz bardziej. Wędrowni kupcy handlujący książkami ciągnęli nawet z odległych hiszpańskich prowincji do maleńkiego Esquivias w La Manchy z nadzieją na sprzedaż kolejnych wydawniczych nowości. Dama czytała je wszystkie zachłannie. Jej umysł i serce zaprzątnięte były opowieściami o szlachetnych rycerzach w złotych kolczugach oddanych pełnym wdzięku cnotliwym księżniczkom, dla których gotowi byli z narażaniem życia pokonywać czarowników, olbrzymy, smoki oraz cierpieć głód i nędzę. Zdumiony Cervantes kartkował czytane przez Catelinę księgi i ponoć nie mógł uwierzyć, że można czytać i wierzyć w takie bzdury 😅 .


niedziela, 30 kwietnia 2017

Jak Stanisław August Poniatowski tysiącletni dąb wycinał

Henryk Rzewuski w "Pamiątkach Soplicy" przytacza pewną anegdotę czy też może legendę, z czasów młodości przyszłego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Otóż wyobraźcie sobie, że ten władca, uchodzący ciągle, nie wiedzieć czemu, za wzór człowieka nowoczesnego i kulturalnego, rzucił się wycinać prastare drzewo w imię walki z przesądami i zabobonem.

Leon Wyczółkowski, Dęby rogalińskie, 1925

A było ponoć tak.
Gdzieś w połowie  XVIII stulecia do księcia biskupa Pocieja w Wilnie dotarły niepokojące wiadomości, jakoby w puszczy lud zbierał się potajemnie pod starym dębem, celem odprawiania pogańskich obrzędów i oddawania hołdów pogańskim bożkom. Już poprzednik księcia biskupa zaniepokojony pogłoskami nakazać miał zwalenie dębu, ale jakoś nikt ku temu się nie kwapił. Patrząc na okazałe drzewo, ludzie sądzili, że widać sam Bóg musiał je chronić, skoro przez tyle wieków rosło zdrowo. Co bardziej świadomi ludzkiej natury rozpuścili wnet pogłoskę, że ten, kto by odważył się podnieść rękę na pradawny dąb, umrze natychmiast, jakoby siebie ściął.

piątek, 21 kwietnia 2017

Fizyka dla ludu, kurs rzucania bomb, czyli praca u podstaw

Zupełnie przypadkowo dowiedziałam się, że pierwowzór Stanisławy Bozowskiej, bohaterki "Siłaczki" Stefana Żeromskiego, Faustyna Morzycka znana także jako Fochna, Barbara i Zora w roku 1909 przeprowadziła zamach terrorystyczny.

Lubelskie Towarzystwo Szerzenia Oświaty "Światło" z Nałęczowa.
Od lewej: Faustyna Morzycka, Stefan Żeromski, Gustaw Daniłowski,
Przemysław Rudzki, Helena Dulęba, Kazimierz Dulęba, Felicja Sulkowska, 1906 

I jest to dla mnie wiadomość wstrząsająca.

środa, 12 kwietnia 2017

O "Arce czasu" M. Szczygielskiego

Ilustracja Daniela de la Tour do "Arki czasu"
M. Szczygielskiego

Jedną z korzyści posiadania dzieci jest tzw. bycie ma czasie w kwestiach dotyczących lektur szkolnych. Jakiś czas temu mój młodszy syn zakomunikował mi, że powinniśmy nabyć książkę Marcina Szczygielskiego "Arka czasu, czyli wielka ucieczka Rafała od kiedyś przez wtedy do teraz i wstecz" celem przeczytania i następnie gruntownej analizy. Mam zwyczaj czytania książek, nieznanych mi wcześniej, po które sięgają moje pociechy. Do lektury "Arki czasu" zachęcały zamieszczone na okładce fragmenty recenzji i piktogramy licznych nagród, zdobytych przez autora.

Książka Szczygielskiego jest opowieścią o losach dobrego, inteligentnego i bardzo dzielnego żydowskiego chłopca, któremu udało się opuścić warszawskie getto przed jego likwidacją i przeżyć wojnę. Autor szarżuje pobudzając uczucia młodych czytelników w sposób, którego nie powstydziliby się scenarzyści najbardziej łzawych telenoweli i śmiało odwołuje się do tego, co w młodych sercach najszlachetniejsze. Byłoby dobrze, gdyby książka była sprzedawana w pakiecie z solidnym opakowaniem chusteczek. Co do wymagań intelektualnych, to w zasadzie nie stawia młodym czytelnikom żadnych. Warta jest jednak przeczytania ze względu na trzy kwestie.

1. Główny bohater, ośmioletni Rafał Grzywiński wychowywany jest przez dziadka, byłego filharmonika, właściciela skrzypiec wartych fortunę. Rodzice chłopca "wyjechali do Afryki", by tam się urządzić.
Nic więcej o nich nie dowiemy się z książki. Moim zdaniem jednak, Marcin Szczygielski wykazał się wyjątkową odwagą, sygnalizując temat, którego, jak sądzę, nikt dotąd w naszej literaturze nie podjął (po co młodzi polscy obywatele udali się do "Afryki" i dlaczego rozsądniej z ich strony było zostawić dziecko w faszyzującej Europie niż zabrać ze sobą). Brawo!
2. Na drugim planie w powieści pojawiają się postaci, które starszy i nieco zainteresowany tematem czytelnik łatwo zidentyfikuje. Kontekst, w jakim autor umieszcza je na kartach książki jest przy uważnej lekturze bardzo wieloznaczny, nieoczywisty i daleki od łzawej cukierkowatości. Szacun za odwagę, choć być może niezamierzoną.

I wreszcie trzeci atut dotyczący konstrukcji fabuły.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Kwiecie Elizejskich Pól i iskra bogów


Pola Elizejskie są porośnięte przez wawrzynowe gaje, w cieniu których, zgodnie z relacją Wergiliusza, mężni i sprawiedliwi beztrosko ucztują przy dźwiękach lutni. Duże połacie mitologicznego raju zajmowane są także przez "białe łąki".  Bohaterowie i herosi, dumni ze swych ziemskich dokonań, organizują na nich pojedynki, turnieje, wyścigi rydwanów, albo po prostu wystawę swego oręża sprawdzonego w boju. Co na Polach Elizejskich porośniętych białym kwieciem robią zacne matrony i cnotliwe dziewczęta? Pląsają. Z nudów.


Arthur B. Davies, Pola Elizejskie, XIX w.

Homer w "Odysei" przedstawiając okoliczności spotkania Odyseusza z wywołanym z zaświatów Terezjaszem, zauważył, że po tym jak wieszczek zaspokoił pragnienie krwią owiec złożonych duchom zmarłych w ofierze i powiedział, co miał powiedzieć, oczom najsłynniejszego politycznie poprawnego tułacza ukazał się spragniony krwi Achilles. Pochlipawszy chwilę i zamieniwszy kilka uprzejmości z Odysem, oddalił się następnie na "łąki asfodelu".

Kwiecie Elizejskich pól to asfodel.


wtorek, 21 marca 2017

Triumf cnoty nad występkiem, czyli zakaz uczestniczenia w Bachanaliach w starożytnym Rzymie


Andrea Mantegna, Triumf cnoty nad występkiem,
albo Minerwa wypędza nieprawość z ogrodu cnoty, 1502

Druga część mojego tłumaczenia "Dziejów od założenia miasta Rzymu" Tytusa Liwiusza. Fragment Księgi XXXIX poświęcony Bachanaliom. Zilustrowałam go obrazem Adrei Mantegny, który w sposób alegoryczny opowiada w zasadzie tę samą historię.
Pozwoliłam sobie wyróżnić grubszą czcionką najciekawsze, moim zdaniem, fragmenty przemówienia rzymskiego konsula. Rzekoma otwartość starożytnych na cielesne eksperymenty i doświadczenia to mit. 

39.14
Skończywszy zeznania, Hispala znowu padła im do nóg prosząc, by pozwolili jej udać się na wygnanie. Konsul zapytał teściową, czy znajdzie w domu miejsce, gdzie wyzwolona niewolnica mogłaby zamieszkać. Przydzielono jej apartament na górze. Schody od strony ulicy zostały zamknięte, a wejście zabezpieczone. Cały dobytek Faecenii został natychmiast przeniesiony, a służący jej niewolnicy wezwani. Aebutius zaś został poproszony do gmachu, w którym konsul przyjmował obywateli.
Kiedy oboje świadków było w ten sposób dostępnych, Postiumus przedstawił sprawę przed Senatem wszystko opowiadając w szczegółach -  najpierw to, co zostało mu zgłoszone, następnie to, co sam odkrył. Wielka panika ogarnęła ojców: publicznie obawiali się, czy te nocne spotkania w konspiracji to aby nie zdrada i niebezpieczeństwo, prywatnie - czy żaden z nich w jakiś sposób nie jest uwikłany w to zgorszenie. Senat podziękował konsulowi, że podjął się badania sprawy z wielkim zaangażowaniem środków, nie robiąc przy tym zbędnego zamieszania. Śledztwo w sprawie Bachanaliów i nocnych orgii zostało przekazane konsulom jako ich dodatkowy obowiązek, wykraczający poza zakres dotychczasowych działań. Zlecono im także, by zadbali, aby świadkowie - Hispala i Aebutius - nie ponieśli żadnej szkody.
Aby zachęcić innych informatorów do zeznań, wyznaczono nagrody.

niedziela, 12 marca 2017

Kiedy wolność utożsamiono z rozpustą, czyli o Bachanaliach wg Tytusa Liwiusza

Andrea Mantegna, Alegoria Cnoty i Występku
z Ignorancją i Merkurym

Przeżyliście kiedyś w teatrze katharsis rozumiane po arystotelesowsku jako "stan polegający na wyzwoleniu się od uczuć strachu i litości dzięki intensywnemu przeżyciu tragedii ukazującej heroizm ludzki"? Chodzi o to, że widz oglądający tragedię pod wpływem patosu widowiska odczuwa litość patrząc na nieszczęście bohatera. Potem zaś zdaje sobie sprawę, iż jest do niego podobny (mimesis), co budzi w nim lęk. Rozwiązanie konfliktu tragicznego wywołuje zaś owo katharsis, oczyszczenie umysłu widza z tych emocji, stan bliski, a niektórzy twierdzą, że identyczny, z przeżyciem religijnym.

Doznaliście czegoś takiego w teatrze? Serio pytam. Mnie się nie zdarzyło. W teatrze najczęściej się nudzę, rzadziej irytuję, sporadycznie wpadam w zachwyt nad tym bądź innym elementem przedstawienia. Nijak to jednak nie przypomina osławionego katharsis. Co więcej, nie zdarzyło mi, by ktokolwiek z kim rozmawiałam na ten temat, czegoś podobnego doświadczył właśnie w teatrze. Jak się nad tą swoją, powiedzmy, dysfunkcją zastanowiłam, doszłam do wniosku, że ten "brak" jest efektem traktowania teatru wyłącznie jako miejsca rozrywkowego bez względu na rodzaj wystawianej sztuki. Co by nie pokazali, jestem tam, by miło spędzić czas i nic ponadto nie dam sobie zaserwować.
Kiedy jednak czytałam opinie widzów zachwyconych bluźnierczym przedstawieniem,  piszących, że oto widzieli coś wspaniałego, co wyzwala ludzi z okowów przesądów, uwalnia od tabu, twierdzących, że wystawienie danej sztuki zmieniło świat na lepsze, broniących prawa do nieograniczonej niemal wolności twórców i traktujących teatr jako świątynię tej wolności, to pomijając myśl, że oszaleli (będącą bardziej na miejscu niż w pierwszym momencie można by myśleć), dochodzę do wniosku, że to może być owo mityczne intensywne przeżycie oczyszczające zwane katharsis. 

Jak powszechnie wiadomo teatr europejski wywodzony jest z greckich Dionizjów - misteriów ku czci Dionizosa. W Rzymie Dionizosa utożsamiono z Bachusem i, o czym niewielu zdaje się pamiętać, z lokalnym bóstwem o imieniu Liber ("liber" to także morfem niosący znaczenie "wolny").  Z Dionizjami a potem z Bachanaliami właściwie od początku coś było nie tak. Przerażający obraz święta nakreślił Eurypides w "Bachantkach" . Grozą przejmuje też opis Bachanaliów w "Dziejach Rzymu od założenia miasta" Tytusa Liwiusza. I tylko na obrazach tworzonych przez stulecia przez arytstów jest beztrosko i zabawnie, choć widok capa napastującego kobiety (choćby roześmiane) w otoczeniu pijanych dzieci powinien budzić co najmniej niesmak i niepokój.


Andrea Mantegna, Bachanalia z winem, 1475

Aby poukładać sobie informacje o Bachanaliach postanowiłam sięgnąć do źródeł, czyli do Liwiusza. I tu niespodzianka. Księga XXXIX dzieła rzymskiego historyka przetłumaczona została na polski przez profesora Mieczysława Brożka i wydana tylko raz w tomie z Księgami od XXXV do XL w 1981 roku. Praktycznie jest niedostępna w bibliotekach i antykwariatach. W Internecie znaleźć można tylko niewielkie fragmenty i streszczenia bardzo różniące się między sobą. Chcąc nie chcąc, postanowiłam przetłumaczyć sama posiłkując się tłumaczeniami angielskimi.

Część pierwszą zamieszczam niżej, reszta wkrótce. Sądzę, że ten tekst pozwoli zrozumieć, dlaczego niektórzy doznają oczyszczającego katharsis w obliczu czegoś, co u innych budzi odrazę.