wtorek, 29 grudnia 2020

Dziadersi atakują język, czyli o feminatywach

Herb Starej Warszawy, 1652, źródło: wikipedia.org
Przyznam zupełnie szczerze, że bardzo długo byłam sceptyczna wobec tworzenia żeńskich form nazw zawodowych. Zwyczajnie, podkreślanie płci profesjonalisty wydawało mi się niepotrzebne, do niczego i na dodatek jakoś tak brzydko brzmiące. Zdanie zmieniłam, kiedy uświadomiłam sobie bogactwo i piękno żeńskich form istniejących w staropolszczyźnie. 

Tylko nieuctwem językowych innowatorek tłumaczę sobie, że powstały takie słowa jak "rzeczniczka", "dyrektorka" czy "profesorka" zamiast "rzecznichy", "dyrektoryszy" czy "profesoryszy". 

"Chirurżka" i "dramaturżka" także brzmią językołomnie, kiedy mogłoby być dostojnie "chirurżyca" i "dramaturżyca".

Przekonana właściwie do feminatywów i znajdująca w ich tworzeniu mnóstwo radości, czytam dzisiaj, że warszawski ratusz w nowym roku wprowadza oficjalnie możliwość używania ich w dokumentach, jeśli zainteresowane pracujące tam osoby tego sobie życzą, ale zadaję pytanie - a co z warszawskimi osobami niebinarnymi, czy one znowu muszą wybierać między męską i żeńską formą, czy znowu będą dyskryminowane tylko dlatego, że język reformują ciemnogrodzcy dziadersi? Czy po wprowadzeniu zmian, poza "prezydentem" i "prezydentką" nie mogłoby obowiązywać eleganckie "osoba prezydencka" i analogicznie "osoba referencka" czy "osoba sekretarska"? 

Trochę szacunku dla różnorodności przydałoby się przecież w naszej zapyziałej "stolycy".

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza