poniedziałek, 18 marca 2013

Kompleks Doktora No, czyli o kradzieży portretu księcia Wellington

21 lipca 1961 roku z National Gallery w Londynie zginął obraz Francisco Goi "Portret księcia Wellington". Dzieło zakupione za pieniądze Fundacji Wolfson i środki z budżetu państwa dostępne było dla zwiedzających zaledwie 19 dni. Była to pierwsza kradzież w historii galerii i szok dla Brytyjczyków.

Francisco Goya, Portret księcia Wellington, 1812

Dwa dni później rozpoczynały się zdjęcia do pierwszego filmu o przygodach Jamesa Bonda, "Doktor No". Producenci postanowili pomóc w odzyskaniu dzieła i umieścić je w filmie. Kopię obrazu przygotowano w ciągu czterdziestu ośmiu godzin w oparciu o barwne przezrocze. James Bond zwraca uwagę na dzieło ustawione na sztalugach przechodząc przez salon Doktora No.


Kadr z filmu "Doktor No"


Scena ta odzwierciedlała podejrzenia, że obraz został skradziony na zamówienie jakiegoś bogatego kolekcjonera, który nie mogąc wejść w posiadanie dzieła w uczciwy sposób, postanowił uciec się do metod przestępczych.

"Portret księcia Wellington" ma dla Brytyjczyków wyjątkowe znaczenie. Przedstawia Arthura Wellesleya, pogromcę Napoleona Bonaparte pod  Waterloo. W 1812 roku Wellesley  był naczelnym dowódcą połączonych sił angielsko-hiszpańskich, które zmusił wojska francuskie do opuszczenia Madrytu. Goyę jako znakomitego portrecistę zarekomendował Wellesleyowi generał Miguel Ricardi de Alava y Esquivel. Anglik zażyczył sobie, by artysta uwiecznił go w stroju hrabiego. Hiszpańscy kronikarze odnotowali, że współpraca pomiędzy modelem a malarzem pełna była napięć i niewiele brakowało, by skończyła się tragicznie.

Francisco Goya, szkic portretu księcia Wellington

Wellesley porozumiewał się z głuchym Goyą w skomplikowany sposób. Najpierw tłumacz tłumaczył z angielskiego na hiszpański, następnie syn Goi przekazywał ojcu treści językiem migowym lub pisał na tablicy. Podobno książę przypatrujący się postępom prac nie był zadowolony z efektu i pogardliwie wypowiedział się o umiejętnościach malarza. Ten chociaż nie zrozumiał ani słowa, z mimiki i gestów Anglika odczytał intencję wypowiedzi i zagniewany chwycił pistolety, gotowy zastrzelić go za zniewagę. Wellesley chwycił szpadę. Tylko dzięki szybkiej interwencji tłumacza i syna malarza nie doszło do rozlewu krwi. Konflikt został zażegnany, a artysta powrócił do pracy. Niestety nie udało mu się ukończyć dzieła. Trzy miesiące później Anglicy zmuszeni zostali przez Francuzów do wycofania się do Portugalii. Arthur Wellesley zabrał ze sobą mokry jeszcze portret.
W maju 1814 roku Wellesley już jako książę ponownie zawitał do Madrytu i natychmiast udał się do Goi, by poprawił jego portret i wprowadził kilka przeróbek. Artysta przemalował Anglikowi mundur na bardziej odpowiadający jego aktualnemu statusowi oraz domalował nowe ordery, w tym Order Złotego Runa (Military Gold Cross), na którym wypisane były wszystkie zwycięstwa "Żelaznego Księcia" i na którym specjalnie mu zależało. Nie omieszkał uwypuklić okrągłych oczu arystokraty, które w zestawieniu z dumnie wypiętą piersią odzianą w szkarłatny mundur, na którym połyskiwały odznaczenia, czyniły z księcia postać wyjątkowo arogancką.

Anglik musiał być jednak zadowolony z usług artysty, bowiem zlecił mu jeszcze dwa inne portrety.

Wracając do słynnej kradzieży. Hipoteza jakoby portret został skradziony na zamówienie jakiegoś milionera okazała się chybiona. Kryminalistyce przybył natomiast nowy termin "kompleks Dr. No", którym określana jest skłonność do przypisywania zlecenia kradzieży uznanych dzieł sztuki bogatym kolekcjonerom.

"Portret księcia Wellington" został skradziony z londyńskiej galerii przez bezrobotnego taksówkarza. Wykorzystał on moment, gdy dwaj pilnujący sali strażnicy opuścili ją na moment, zdjął obraz ze ściany, schował pod płaszczem i przez nikogo nie zatrzymywany wyniósł pospiesznie z galerii. Warte 140 000 funtów dzieło umieścił następnie w skrytce bagażowej na dworcu kolejowym w Birmingham. W 1965 roku przesłał pismo do redakcji londyńskiej gazety, w którym domagał się okupu za wydanie dzieła i straszył, że jeśli nie otrzyma pieniędzy, zniszczy obraz. Dwa miesiące później pojawił się na komisariacie policji wraz z portretem. Dopytywany o powody kradzieży, miał powiedzieć, że wyniósł obraz z galerii, by wymóc na rządzie zniesienie abonamentu telewizyjnego dla emerytów. Sądził, że rząd wycofa się z nowo wprowadzonej opłaty, by odzyskać dzieło.
Sąd okazał się dla sprawcy łaskawy. Skazał go na trzy miesiące więzienia i 500 funtów kary. Portret księcia Wellington wrócił do National Gallery i cieszy oczy zwiedzających do dziś.
Pół wieku później w Skyfall, kolejnym filmie z serii o Jamesie Bondzie, pojawiło się inne skradzione dzieło sztuki, "Portret kobiety z wachlarzem" Amedeo Modiglianiego. Możesz o tym przeczytać tutaj>>

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza