niedziela, 22 marca 2015

Utracona cześć królewny Banialuki

Ilustracja do "Antypastów małżeńskich",
gdzie zamieszczono tekst o Banialuce, 1736

Przeczytałam właśnie barokowy bestseller „Historyę ucieszną o zacnej królewnie Banialuce wschodniej krainy". Historycy literatury nazywają ją pierwszym polskim utworem fantasy. Mam pewne wątpliwości co do tego pierwszeństwa i sama bardziej byłabym skłonna zakwalifikować tekst jako baśń, może nieco bardziej rozbudowaną niż zazwyczaj.

Rzecz jest bardzo urokliwa i rzeczywiście niezwykła.

Mamy parę kochanków złączonych przypadkiem i rozdzielonych z premedytacją, przyjaźń i zdradę, morderstwo i zwłoki rzucone dzikim zwierzętom na żer, mamy wierność mimo przeciwności, pożądanie i złamane przysięgi, a dodatkowo: czarownicę, zatrute jabłka, śpiącego królewicza, cztery budzące grozę czarty (po postacią odyńca, smoka, kozła, skorpiono-zółwio-żabo-jaszczura z wężowymi naroślami), jednorożca, zamek broniony przez dzikie zwierzęta-bestie, który zapada się pod ziemię przeklęty przez królewnę, drzewo okaleczone imieniem kochanki, pustelnika znającego mowę zwierząt i ptaków, proroka przywołującego wiatry. Wszystko podlane grozą, przeczuciami, fatum. Kilka scen ciarki wywołuje na plecach, choć właściwie trudno powiedzieć, co ów strach wywołało. Poczułam się jakoś nieswojo czytając o młodzieńcu stojącym na skale i popatrującym na świat cały u swych stóp i wówczas, gdy narrator opisywał radosny dzień rycerskiego turnieju, po którym słońce nie zaszło drugi raz w historii świata.



"Historya ucieszna o zacnej królewnie Banialuce wschodniej krainy" napisana została regularnym trzynastozgłoskowcem. Autor poradził sobie brawurowo z metrum uchodzącym za wyjątkowo trudne. Rymował parzyście i dokładnie, rytmicznemu znużeniu zapobiegał stosując inwersje i przerzutnie. Porównywał, anaforycznie powtarzał, nazywał metaforycznie, nie stronił od epitetów i lubianych w baroku antytez. Mistrz. Są w utworze fragmenty, które zachwycają: niezwykle efektowna narracja drugoosobowa (fragmentami), opis polowania, pełne przepychu uczty, rozmowy kochanków (iskrzy wyszukanie), śmiała, a bardzo taktownie przedstawiona scena wybudzania królewicza, opisy matecznika w puszczy i przyzamkowego ogrodu. Największe wrażenie robi zwołanie zwierząt i ptaków. Jeśli uważacie, że Julian Tuwim pisząc "Ptasie radio" osiągnął mistrzostwo w stosowaniu i tworzeniu onomatopei, zajrzyjcie do "Historyi...". Miał poprzednika i wzór, który mógł udoskonalać. Nawet znany szlagier "Miłość Ci wszystko wybaczy" zdaje się rozwijać myśl z barokowego tekstu:

"Miłość wszystko cukruje, miłość wszystko słodzi,
miłość winy odpuszcza, miłość rozgniewanie
kochających przemienia zaś w większe kochanie..."

Tuwim w swoich "Czarach i czartach polskich..." nie wymienia "Historyi...", ale nie mam cienia wątpliwości, że utwór znał i czerpał zeń inspirację. Podobnie jak jestem przekonana, że barokowy tekst cenił sobie Adam Mickiewicz. Lektura nader często wywoływała bowiem wrażenie deja vu.
Szczerze mówiąc, zawsze ta nadzwyczajna językowa sprawność Mickiewicza, po drewnianym wdzięku utworów oświeceniowych nudziarzy wydawała mi się niezwykła. Teraz mnie nie dziwi i wydaje się zupełnie naturalna.


Twórca "Historyi uciesznej o zacnej królewnie Banialuce wschodniej krainy" był  z pewnością człowiekiem gruntownie wykształconym. Świadczą o tym liczne, wyszukane odwołania do mitologii, "Biblii"  i "Ikonologii" Cesare'a Ripy. Utwór przypisywany jest Hieronimowi Morsztynowi, poecie piszącemu na przełomie XVI i XVII wieku. Autorstwo nie jest jednak ostatecznie potwierdzone.

Tekst cieszył się ogromnym powodzeniem przez dwieście lat. Najpierw krążył w odpisach,  potem drukiem wydano go ośmiokrotnie w zbiorze "Antypasty małżeńskie" wraz z dwoma nowelami napisanymi prozą. W opowieści o losach królewny Banialuki zaczytywano się mimo wysokiej ceny książki w porównaniu do innych dostępnych wówczas propozycji.

Sympatia czytelników zaczęła niknąć w połowie XVIII stulecia, gdy polski rynek książki zalały francuskie czytadła promowane przez prowincjonalnie oświeconych. Nagle czytanie "Historyi" stało się oznaką zacofania i zaściankowości. Światowej sławy poeci jak chociażby Franciszek Zabłocki, Józef Bielawski, Kajetan Węgierski, z uporem wartym większej sprawy wyśmiewali książkę i jej czytelników, a zwłaszcza czytelniczki. Dołączył do nich książę biskup Ignacy Krasicki (ten to zawsze obrzydliwie dołączał), choć sam nie usunął ze swej biblioteki opowieści o Banialuce. Imię fikcyjnej księżniczki stało się synonimem głupstwa, niedorzeczności i bzdury i na stałe w tym znaczeniu zyskało miejsce w polszczyźnie.

"Niechaj wrona nad orła wyżej nie wylata." - napisał barokowy poeta. Gdyby nie niechęć oświeconych utrwalona w języku, być może "Historya ucieszna o zacnej królewnie Banialuce wschodniej krainy" podzieliłaby los setek innych utworów staropolskich, a tak zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie zainteresowany etymologią uroczego słówka, sięgnie do niezwykłego tekstu i poleci go innym.

Przy okazji - mam nieodparte wrażenie, że Polacy przestali czytać w oświeceniu. Literaci i wychowawcy narodu drugiej połowy XVIII wieku nieustająco uskarżają się w swych tekstach, że rodacy tracą czas na czytanie nieodpowiednich ich zdaniem lektur (osławione kalendarze, "Nowe Ateny...", romanse, hagiografia). To znaczy, że wtedy czytali. W XIX-tym stuleciu skargi na nadmierne czytelnictwo dotyczą wyłącznie kobiet rozmiłowanych w romansach. W XX wieku po nieodpowiednie książki sięgali tylko nieliczni wrogowie ustroju, na początku zaś XXI wieku podobno nikt już lekturą ponad miarę nie grzeszy. 


Źródła:
Radosław Grześkowiak, "Hieronim Morsztyn, Historyja ucieszna o zacnej królewnie Banialuce wschodniej krainy" tutaj>>
Hieronim Morsztyn, Historya ucieszna o zacnej królewnie Banialuce wschodniej krainy, wydanie 1650 , dostępne tutaj>>

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza